Archiwa tagu: Remake

Zwykła zabawka

Child’s Play/ Laleczka Chucky (1988) & Child’s Play/Laleczka (2019)

Remake, remake, wszędzie remake. Reamke’a doczekała się też pierwsza odsłona “Laleczki Chucky”, na którą jakimś sposobem trafiłam do kina. Z uwagi na to, że fabularnie filmy zasadniczo się różnią, zmuszona jestem niejako rozbić, przynajmniej opisową część wpisu, na dwie części. Zacznę od klasyka:

Ścigany przez policję przestępca Charles Lee Rey z pomocą czarnej magii w chwili swojej śmierci importuje swoją złą duszę do interaktywnej zabawki “Good boy”.

Ten konkretny egzemplarz trafia w ręce małego chłopca, Andy’ego wychowywanego przez samotną, zapracowaną mamę, Karen. Lalka, która miała być prezentem staje się przekleństwem ściągającym ofiary śmiertelne i chcącą przejąć ciało chłopca.

Klasyczna “Laleczka Chucky” nakręcona przez Toma Hollanda stworzyła ikonę popkultury w osobie rudej, wrednej lalki. Mimo, że pomysł na uczynienie z przedmiotu dziecięcej zabawy antybohatera pojawił się już wcześniej, chociażby w nakręconym rok wcześniej “Dolls” to właśnie Chucky stał się nieśmiertelny w swojej sławie.

Teraz pomysł z przestępcą parającym się Voodoo i zaklinającym lalkę może wydawać się śmieszny nawet jak na standardy kina rozrywkowego. Być może właśnie dlatego twórca remake postarał się o inną genezę Chucky’ego.

Oryginał doczekał się aż sześciu sequeli, z czego każdy kolejny coraz bardziej skręcał w stronę groteski. Ta groteska, w odpowiedniej porcji była też obecna w pierwszej odsłonie “Laleczki Chucky” jednak nie skończyło się to źle dla projektu, wręcz przeciwnie.

Może właśnie dzięki unikaniu patosu, film nie naraził się na niebezpieczną śmieszność. Pierwszy Chucky, bawi i straszy. Jest w tym dość skuteczny, choć sama nie uważam się za wielką fankę tego bohatera.

Porównując obecnie starszą wersję i jej remake muszę jednak przyznać, że film nie zestarzał się tak bardzo, jak to bywało w przypadku niektórych formatów. O dziwo, dotyczy to nawet scen śmierci, które nadal można oglądać z przyjemnością – jakkolwiek to brzmi;)

Nowa “Laleczka” to już nie “Laleczka Chucky”, lecz tylko “Laleczka”, choć tytuł oryginalny pozostawiono bez zmian.

Spokojnie, nadal ma na imię Chucky, jest podły i rudy:) W jego powstanie nie jest wplątana magia Voodoo, a magia technologii, dokładnie sztuczna inteligencja.

Produkt pod nazwą “Buddy” trafia do setek samotnych dzieciaków chcących mieć własnego przyjaciela. Andy’emu, na oko jedenastoletniemu chłopaczkowi trafia się jednak egzemplarz wybrakowany. Klątwą jaka spada na lalkę są tym razem zdjęte zabezpieczenia, które działając prawidłowo uniemożliwiają małemu robocikowi sianie zniszczenia. Jednak Chucky Andy’ego jest rozhamowany pod każdym względem i mimo najlepszych intencji krzywdzi ludzi i …. chlip, chip… kotki.

Swoją misję bycia najlepszym przyjacielem traktuje nader serio i nie cofnie się przed niczym by uszczęśliwić swojego właściciela. Szczegółów Wam nie zdradzę, ale trup ściele się gęsto, a scena z kosiarką mm… midzio. Właśnie w ten sposób wyobrażałam sobie scenę z “Misery” Kinga, scenę obecną tylko w książce.

Nie da się ukryć, że remake poszedł z duchem czasu. Jest to nowa “Laleczka” dla nowego pokolenia. Ja będąc niejako pomiędzy, ze swoją oceną też pozostanę pomiędzy. Być może część widzów będzie rozżalona, że nadprzyrodzony rodowód Chucky, zastąpiono czymś bardziej przyziemnym, ale czy przez to jest mniej straszny?

Mnie, ku mojemu zaskoczeniu nowa wersja historii spodobała się. Zarówno na poziomie pomysłu, jak i wykonania. Dużego plusa daję odtwórcy roli nowego Andy’ego, ale zaminusowali u mnie tym kotem cholernie.

Podsumowując, jeśli macie chęć wybrać się do kina na nową wersję “Laleczki” możecie to spokojnie uczynić, myślę, że nie będzie zawodu. Starszej wersji, kłaniam się nisko, nadal z nabożnym szacunkiem, ale bez zachwytu.

Moja ocena:

Laleczka Chucky (1988) – 7/10

W skali brutalności:2/10

Laleczka (2019)- 7+/10

W skali brutalności:3/10

I don’t want to be buried in a pet cemetery

Pet Sematary/ Smętarz dla zwierzaków (2019)

Doktor Louis Creed wraz z żoną, dwójką dzieci i kotem przeprowadza się do malowniczego Ludlow, małego miasteczka w Maine z dala od spraw mogących odciągać go od rodziny.

Już pierwszego dnia w nowej pracy spotyka go mrożący krew w żyłach incydent, a dalsze wydarzenia tylko potwierdzają, że rodzina znalazła się z dala od wymarzonej sielanki.

Kolejnym smutnym zdarzeniem okazuje się być śmierć ukochanego kota córki Ellie , Churcha. Za radą sąsiada, Juda, mężczyzna urządza kotu pochówek na mrocznej ziemi należącej do Indian z plemienia Micmaców i zataja fakt śmierci zwierzaka przed córką. Nazajutrz z nie małym zdziwieniem odkrywa, że kot wrócił do domu. Jak najbardziej żywy.

Jako fanka “Smętarza dla zwierzaków”, szczególnie jego literackiej wersji pióra Kinga, nie mogłam sobie odpuścić jego najnowszej odsłony.  Jeśli pamiętacie wpis dotyczący pospołu książki i jej pierwszej filmowej adaptacji z 1989 roku, wiecie, że rozpływałam się głównie nad książką. Nie przypadkowo, bo film szczególnie mnie nie zachwycił. Nowa wersja utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że można to było zrobić lepiej.

I tu, moi drodzy, mam świadomość, że znajduję się w mniejszości, bo już zapoznałam się z częścią komentarzy widzów, głoszących, że starsza wersja filmu podobała im się bardziej.

Jeśli o mnie chodzi to żałuję tylko wejściówki, powolnego przejazdu kamery po smętarzysku zwierząt i wypowiadanych cienkimi dziecięcymi głosikami opowieści o pochowanych tam zwierzętach, która to była obecna w filmie z ’89. To chwytało za serce. Co do całej reszty, moim skromnym zdaniem, a nie mówię tego często remake/readaptacja jest lepsza.

Przede wszystkim współcześni twórcy mieli większe możliwości techniczne, co ma odzwierciedlenie w lepszych efektach, zdjęciach etc. Niestety w mojej ocenie stara wersja mocno się postarzała. Aktorstwo jest na znacznie lepszym poziomie i co najważniejsze dialogi nie są tak spłycone. Z całym szacunkiem dla Pana Kinga, scenariuszy to on pisać nie umie. Jego gawędziarski styl, który doskonale sprawdza się na kartach powieści, nijak współgra z językiem filmu. 

Dużo ciekawiej prezentują się też same postaci głównych bohaterów. Motyw martwej siostry Rachel, nie pojawia się znikąd tylko jest obecny od początku. Bardziej wyraziste wydały mi się też relacje rodzinne, mimo, że całkowicie wycięto motyw teściów- w ekranizacji z ’89 też nie jest przedstawiony tak jak w książce i sprowadza się tylko do szopki na pogrzebie, więc myślę, że dobrze, że go tym razem pominięto zamiast wstawić tylko od oka.

Sam kot, na mój gust, jeden z ważniejszych bohaterów dużo bardziej przykuwa uwagę w nowym filmie. Nie tylko ze względu na ‘charakteryzacje’, a  na większą rolę jaką odgrywa w całej tej historii. Jego “słowa” kierowane do Louisa w książce to mój ulubiony fragment. Tymczasem miałam wrażenie, że jego postać w starym filmie prowadzono dość niekonsekwentnie. Miał tylko prychać i rzucać się na wszystkich.

Wreszcie   rzecz najważniejsza i tu mamy tęgi spoiler. SPOILER: Zarówno w książce jak i w jej pierwszej filmowej wersji na indiańskim cmentarzu w ślad za kotem zostaje pochowany Gage, trzyletni synek Creedów. To on powraca z martwych i to on dokonuje morderstw. O ile czytając książkę mogłam to sobie w ułożyć w głowie po swojemu o tyle w filmie wyglądało to… przekomicznie.

Zmuszenie dziecięcego aktora do zagrania małego zombie – mordercy z pewności nie było łatwe. Jego ekspresja w tych scenach wygląda groteskowo. Myślę, że twórcy nowej wersji filmu mieli tego świadomość. Nie wszystko da się przeskoczyć, dlatego postawili na… Eliie. Ośmiolatka (WOW w remake potrafi czytać, w oryginale, ośmiolatka była jeszcze daleka od tej umiejętności, co kazało mi podejrzewać, ze dzieciak ma jakieś dysfunkcje, albo King znowu infantylizuje;) – która powraca z martwych robi dużo większe wrażenie. Szczególnie z uwagi na jej wcześniejsze zainteresowanie tematem życia po śmierci. Także pod względem budowania dramaturgii całej sytuacji. To na relacji łączącej ją z ojcem bardziej skupia się scenariusz. Widać, że jest córeczką tatusia. W oryginale, tata wsadza ją w samolot i tyle ją widzimy. Obraz przeżyć rodziny po jej śmierci, a później jej powrocie zza grobu bardziej łapie za gardło, niż migawka kilku zdjęć z Gage’m, do której w gruncie rzeczy sprowadzono żałobę w “Smętarzu…” z ’89.

Zaś sama scena śmierci Ellie…  Ojciec pędzący na ratunek synowi, nie mający świadomości, że oto życie jego córki jest tak samo zagrożone… dla mnie bomba. Do tego sama rola Churcha w owej śmierci. Mocna rzecz. KONIEC SPOILERA.

Ostatnia sprawa: finał. Tu będę dyplomatą, bo ani w  jednej ani w drugiej wersji filmu nie przypadł mi do gustu;) Jeśli jednak ktoś wziąłby mnie na tortury i kazał wybrać to skłaniam się jednak do zakończenia ’89. Dlaczego? SPOILER: Trochę nielogiczne wydawało mi się, że w wersji ’89 Louis po raz trzeci popełnia ten sam błąd chowając kolejnego zmarłego na indiańskim cmentarzu. Mogę to jednak zrzucić na traumę graniczącą z obłędem. Natomiast martwi chowający martwych w wersji ’19 to już srogie przegięcie. KONIEC SPOILERA.

Pewnikiem nie znajdę głosów poparcia, ale stawiam na nowy “Smętarz zwierząt.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 8

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

72/100

W skali brutalności:1/10

Ktoś nadchodzi

Inside (2016)

inside

W wyniku wypadku samochodowego ojciec dziecka Sary umiera, a ona samotnie oczekuje narodzin ich potomka. W czasie jednego z samotnych wieczorów kobieta zostaje napadnięta we własnym domu przez nieznaną sprawczynie.

Francuskie “Najście” jest moim ulubionym filmem do polecania kobietom w ciąży 🙂 Jest brutalny, krwawy, a jego fabuła przestawia heroiczną walkę ciężarnej kobiety z psychopatką która wdziera się do jej domu.

Oryginał powstał z dobre dziesięć lat temu, ale remake doczekaliśmy się dopiero niedawno. Jest to film anglojęzyczny, ale reżyserem jest Hiszpan. Facet, któremu nie zabrakło jaj gdy kręcił brutalną “Napaść“, co pewnie spodobało się producentom, który powierzyli mu remake “Najścia”.

Ciekawa jestem na ile facet stracił rozmach a na ile założenia wytwórni związały mu ręce, bo “Inside” z 2016 nie przypomina, ani pełnego gore francuskiego “Najścia”, ani brutalnej hiszpańskiej “Napaści”.

Fabuła z grubsza się zgadza z oryginałem. Jest ciężarna zaatakowana we własnym domu przez inną kobietę.

inside

Problem w tym, że sposób w jaki przedstawiono całą sytuację jest tak pozbawiony dramatyzmu, że ciężko tu choćby marzyć o napiętej atmosferze.

Sceny które porażały w oryginale tu zastąpiono cokolwiek niejasnymi dla logicznie myślącego człowieka rozwiązaniami fabularnymi. Na konto strachu dostajemy nudę.

Co jest w tym wszystkim najgorsze z postaci antagonistki zrobioną ciocię klocie, która mimo wysiłków wkładanych w mimikę nie jest wstanie dorównać oryginalnej szajbusce, która za sprawą scenariusza miała dużo większe pole do popisu.

inside

Fakt, że oprawczyni udało się przyskrzynić ofiarę zawdzięcza tylko jej głupocie. Zupełnie nie ma tu przestrzeni na poważną rozgrywkę, która trzymałaby za gardło, zaskakiwała widza, budziła w nim brutalny sprzeciw. Remake “Najścia” to popłuczyny po oryginale i nic ponad to.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:2

To coś:4

41/100

W skali brutalności:1/10

Po co to komu?

Cabin Fever (2016)

cabin fever

Opis fabuły jest tu w zasadzie zbędnym zachodem, bo “Cabin Fever” jest remake “Cabin Fever/ Śmiertelna gorączka”. Od premiery pierwszego filmu nie minęło nawet 15 lat, a jego spora popularność jest w zasadzie gwarantem tego, że wszyscy dobrze pamiętają o czym był.

Jest to prosta historia grupy studentów, którzy wybierają się na wypoczynek w do chatki nad jeziorem, a tam zamiast rozrywki czeka ich śmiertelna zaraza. I tyle. Jednakże sposób w jaki Eli Roth przedstawił tą opowieść, czyli w mojej oceni świetnie oddał ducha starej szkoły kręcenia slasherów sprawił, że “Śmiertelna gorączka” wyróżniała się na tle innych filmów z cyklu: grupa przyjaciół i śmierć na odludziu.

Mogę Wam powiedzieć, że twórca remake zrobił coś zdecydowanie odwrotnego. Wykorzystał scenariusz i pomysł Rotha tylko po to, żeby nakręcić kolejną mdłą rąbankę niczym ie nie wyróżniającą wśród współczesnych horrorów.

cabin fever

Fabuła jest więc identyczna. No, po za niuansami, ale jeśli zachodzą zmiany to in minus.

Już pierwsze sceny pozbawiły mnie nadziei na dobrą zabawę. Dialogi, niby podobne do pierwowzoru wypadają strasznie drętwo, humor jest ciężki i w ogóle nie trafiony. Bohaterzy, mimo iż podlegają temu samemu schematowi co w oryginale to wypadają zdecydowanie mniej naturalnie. Brakuje im indywidualności. Wszystko jest jakieś no sztuczne, plastikowe, mdłe.

cabin fever

Najbardziej uderzające są jednak różnice w oprawie. Wszytko to, co tak przyjemnie kojarzyło nam się ze starymi slasherami, czyli dobór muzyki, lekko matowe zdjęcia, nawet nieco posępne otoczenie zastąpiono feerią kolorów, śliczności, gładkości i jeszcze na domiar złego, w scenach otwierających użyto ścieżki dźwiękowej z “Lśnienia” Kubicka i wykorzystano ujęcia z góry na jadący samochód. Serio?

Nie wiedzę żadnej nadziei dla tego filmu, zginie w tłumie, a jedyna reakcja jakiej może się spodziewać jego twórca to wkurwienie fanów pierwowzoru.  Nadzieją dla tego typa jest chyba tylko gimbaza, która w czasie premiery oryginału była jeszcze w powijakach i mogła filmu nie zobaczyć.

Zachęcam do bojkotu tej produkcji. Travis Zariwny, niech na przyszłość nie będzie taki wyrywny, niech idzie w ciemny las i nie grzeszy więcej pychą myśląc, że ma jakieś pojęcie o tym jak powinien wyglądać dobry horror. A i Eliemu należy się solidny kop w dupę za to, że przyłożył rękę do tego prostackiego wymysłu.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:4

Napięcie:3

Zabawa:3

Walory techniczne:4

Aktorstwo:4

Oryginalność:0

To coś:1

Zaskoczenie:3

31/100

w sali brutalności:2/10

Męczeństwo na dwa sposoby

Martyrs/ Skazani na strach (2008)

vs

Martyrs (2015)

martyrs

martyrs

Stało się. Amerykanie wyciągnęli swe pazerne łapska po francuski film, który swoją brutalnością zszokował Europejczyków. Pogłoski na temat planowanego remake “Skazanych na strach” krążyły już od dawna. Sądziłam, że po takim czasie temat się szczęśliwie rozmył, ale skądże. Scenarzysta nominowanej w tym roku do Oscara “Zjawy” podjął się niewdzięcznego zadania wywabienia posoki z fabuły francuskiego straszaka i na zgliszczach pomysłu Pascala Laugiera wyhaftowania kolorowego i ślicznego obrazka, który zaspokoi fasfoodowe apetyty.

Do tej pory nie udało mi się nic naskrobać o oryginale – to nie jest film który można oglądać dla relaksu – więc teraz nadarza się doskonała okazja do recenzji porównawczej, której wyniku już się za pewne domyślacie, biorąc pod uwagę porcję jadu jaką zdążyłam już wylać na remake🙂

“Martyrs”, którego tytuł oznacza tyle co “męczennik” oraz “świadek” traktuje o pewnym zgromadzeniu fanatyków, chcących uzyskać wgląd w życie po śmierci. Chcą to oczywiście osiągnąć za życia, a zgodnie z ich teorią nic tak skutecznie nie prowadzi na granicę między życiem a śmiercią jak męczeństwo. Ostatecznie jak wspomniałam, męczennik to inaczej świadek, ale świadek czego? Tego właśnie chcą dowiedzieć się owi osobnicy.

martyrs

martyrs

Poznajemy ich dzięki jednej z ofiar ich zabiegów. Małej dziewczynce Lucie, która zostaje porwana w celu… zamęczenia. Zarówno początkowe sceny z oryginału jak i te z nieszczęsnego remake ukazują los małej Lucie po wydostaniu się z łap oprawców.

martyrs

martyrs

Oczywiście w wersji francuskiej Lucie po swoich przejściach wygląda znacznie gorzej. W wersji amerykańskiej ma jednego siniaka na twarzy. To dopiero hard core.

Następnie poznajemy jej relacje z poznaną w sierocińcu Anną. To właśnie przyjaciółka stanowi opokę dla straumatyzowanej dziewczynki, którą nawiedzają demony przeszłości i to ona będzie świadkiem tego jak z owymi demonami będzie się rozprawiać.

Lucie Wciąż widzi potwory i jak dowiemy się z dalszych wydarzeń w wersji oryginalnej filmu jest to konsekwencja przejścia przez pewien etap męczeństwa.

Lucie dorasta i jedyne czego chce to uwolnienie się do wspomnień. Ma jej w tym pomóc odnalezienie oprawców i wymierzenie im kary.

W scenach w domu szczęśliwej rodziny, której najstarsi członkowie dopuszczali się tych… eksperymentów pozornie nie różnią się w obydwu wersjach filmu. Pozornie, bo wersja francuska ma ostre pierdolnięcie. Kiedy Lucie wywala ze strzelby, ofiara niemal rozmazuje się na ścianie. W wersji amerykańskiej wystrzał przypomina raczej wystrzał z rewolweru i to o niewielkim kalibrze.

Podobnie wyglądają różnice w dalszej partii filmu. Wszyscy, którzy oglądali film Laugiera na pewno zapamiętali znalezisko z sali tortur martwych oprawców w osobie młodej kobiety, której próbuje pomóc przyjaciółka Lucie, Anna.

martyrs

Okaleczona postać wygląda makabrycznie. Tego nie da się po prostu opisać. Taki widok zrzuca z krzesła. W wersji amerykańskiej Anna znajduje w piwnicy małą dziewczynkę, której nawet włos z głowy nie spadł. Jeśli to miało kogoś zszokować to chyba tylko osoby, które nie widziały pierwotnej wersji wydarzeń. Dla mnie to było po prostu śmieszne.

Znaczące różnice fabularne rozpoczynają się z chwilą gdy Lucie po zamordowaniu oprawców postanawia targnąć się na swoje życie pozostawiając bezradną Annę. W wersji francuskiej robi to bardzo skutecznie, dzięki czemu reszta członków sekty, bo chyba tak można ich nazwać, nie ma szansy na powrót zaciągnąć ją do lochu i oskórować. Zamiast tego sędziwa dama przewodząca zgromadzeniu pierdolców bierze się za Annę.

W wersji oryginalnej będziemy teraz śledzić powolną, sukcesywną i postępującą drogę męczeństwa przyjaciółki Lucie. Dziewczyna jest poniewierana chyba na wszelkie możliwie sposoby z dużym naciskiem na upokorzenie. Na koniec widzimy ‘piękny’ obrazem kobiety, z której zdarto niemal każdy centymetr skóry.

martyrs

martyrs

Dla kontrastu w remake to Lucie na powrót staje się ofiarą i w stan agonalny wpędzają ją zadraśnięcia na dłoniach i chyba jedyny mocny element tortur, czyli zdarcie skóry z pleców. Męczeństwo w wersji amerykańskiej w każdym calu jest lajtowe.

Finał historii również różni się w obydwu wersjach i muszę to powiedzieć, amerykanie polecieli sobie “Dotykiem anioła”. żałość.

Możemy tu mówić o jakieś wersji ocenzurowanej pod względem brutalności. Taki pono był zamiar, ale czemu w związku z tym spłycono też przekaz, że tak powiem werbalny?

Oglądając obydwa filmy jeden po drugim (ja, w ramach dobrej woli, zaczęłam teraz od remake) zauważymy, że niektóre wypowiedzi bohaterów są niemal identyczne z tą różnicą, że w remake są mocno okrojone, jak np. rozmowa z przywódczynią.

W wersji francuskiej uzyskujemy dużo lepszy ogląd na sprawę męczenników. Wersja amerykańska zastępuje brutalność formy i treści jakimiś ganiankami po okolicy, dramatycznymi monologami i chaotycznym miotaniem się po wydzielonej przestrzeni.

Tak to właśnie wygląda. Amerykanie zabrali “Skazanym na strach”, cały strach, zabrali bardzo wiele, ale niestety nie dali nic w zamian.

Moja ocena:

Martyrs/ Skazani na strach (2008): 8/10

Martyrs (2015): 4/10

Człowiek Mucha

The Fly/ Mucha (1958) vs The Fly/ Mucha (1986)

fly

fly

Premiery dwóch horrorów sci-fi, o których dziś będzie mowa dzieli blisko trzydzieści lat. Blisko trzydzieści lat dzieli młodszy z nich od czasów obecnych. A mimo wszystko tematyka jaką poruszają jest nadal aktualna, a same obrazy w opinii wielu widzów wcale się nie zestarzały.

Zacznę od starszej “Muchy”:

Nakręcona została w latach ’50 więc domyślacie się zapewne, że spektakularne efekty współczesnego kina sc-fi tam nie istnieją. Jeśli widzieliście inne stare produkcje z tego gatunku, jak Wioska przeklętych“, “Inwazja porywaczy ciał“, czy “Dzień, w którym zatrzymała się ziemia” i przypadły Wam one do gustu, to podobnie powinno być w przypadku “Muchy” Kurta Neumanna.

Akcja rozpoczyna się od… morderstwa. Małżonka bogatego naukowca, Hellen telefonuje do swojego szwagra by oświadczyć mu, że właśnie uśmierciła jego brata, a swojego męża, Andre. Wkrótce w domu wdowy pojawia się detektyw i wraz z Francois’em (szwagrem) próbują dowiedzieć się dlaczego kochająca i oddana Pani Delambre wsadziła głowę i ramię swojego męża pod prasę hydrauliczną i dwukrotnie ją zmiażdżyła.

fly

Szacowna dama odmawia wyjaśnień i błędnym wzrokiem krąży po pokoju w poszukiwaniu… muchy. Kaftan dla Helen jest już w przygotowaniu, gdy ta decyduje się w końcu wyjawić swoją niecodzienną historię. Przechodzimy do retrospekcji, w której widzimy jak zapalony naukowiec oddaje się pracy nad maszyną nazywaną przez niego “Dezintegratorem-integratorem”. Andere dzięki swojej niebagatelnej fantazji zdołał stworzyć dwie komory, miedzy którymi jest w stanie przesyłać różne przedmioty. Maszyna rozkłada cząsteczki, z których zbudowany jest obiekt a następnie składa je w innym miejscu. Andre jak najszybciej chce poszerzyć działanie maszyny, tak aby była ona zdolna przenosić bardziej złożone obiekty, jak żywe organizmy.

Pierwsza próba kończy się fiaskiem, kot jego synka zostaje zdezintegrowany, ale nie powróci do swojej pierwotnej formy. Zawieszony gdzieś w nicości będzie przeraźliwie miauczał. – Jest to pierwsza traumatyzująca (mnie) scena.

Gdy naukowiec udoskonali swoją machinę postanowi sam się w niej zainstalować, niestety wraz z nim zabierze się pasażer na gapę. Maszyna zgłupieje i w czasie ponownej integracji i pomiesza ze sobą części dwóch obiektów. Tak powstanie Andre z głową i górną kończyną muchy i mucha z głową i ręką Andre.

fly

Widz nie jest świadkiem samej zamiany. Akcje śledzimy z punktu widzenia Helen toteż dopiero, gdy Andre zdecyduje się ukazać jej swoje oblicze i prosić o pomoc w odnalezieniu muchy, która zawłaszczyła sobie części jego ciała, widz ujrzy przeraźliwego stwora.

Kiedyś ten widok musiał robić wrażenie, bo i teraz po tylu latach, gdy ponownie zobaczyłam człowieka muchę -film oglądałam już w dzieciństwie- efekt był całkiem groźny:)

Ta scena nie jest jednak moim faworytem, dla mnie najlepszy w tej starej produkcji jest finał:

Francois siedzący na ławce w ogrodzie, nagle słyszy błagalne wołanie o pomoc, cichutkie “Help me”, dobiegające z pajęczyny, gdzie do muchy z głową i dłonią człowieka zbliża się pająk. Boże jaka mi to zrobiło kiedyś rychę na bani…

fly

Uwielbiam starą muchę, głównie dzięki tym dwóm niewątpliwie dobrym scenom, o których wspomniałam, ale także za sam klimat tej historii.

Retrospekcyjna narracja potęguje napięcie, tak jak zawsze nauczał Hitchcock Najpierw trzęsienie ziemi, a później zagrożenie ma jeszcze stopniowo wzrastać.

Oczywiście można by przyczepić się do pewnej naiwności w scenariuszu, bo czy Andre nie mógł poczekać jeszcze trochę? Dłużej poszukać tej nieszczęsnej muchy?

Drugą sprawą jest aktorstwo. Bardzo manieryczne, momentami irytujące. Cała reszta, od zdjęć po muzykę, jest absolutnie super.

W roku 1986 Kanadyjski reżyser David Cronenberg, słynący z obrazów mocno metaforycznych i silnie potraktowanych efektem gore nakręcił remake “Muchy”. Wcześniej obraz doczekał się dwóch kalecznych seqeli, ale nie warto o nich wspominać.

Cronenberg znacznie zmienił fabułę scenariusza dostosowując ją do wymogów współczesnego widza:

Główny bohater, Seth Brundle, nie jest mężem słodkiej niewiasty w kremowych sukienuniach. Miszka samotnie w swojej pracowni, gdzie od sześciu lat tworzy projekt maszyny do teleportacji. Podobnie, jak to było w oryginalnym scenariuszu machina działa na zasadzie dezintegracji i ponownej integracji w osobnej kapsule.

Jako, że małżeństwo jest passe, Cronnenberg organizuje swojemu bohaterowi kochankę, młodą, ambitną dziennikarkę, Ronnie. Kobieta pragnie zrelacjonować w swojej publikacji pracę Setha krok po kroku, toteż towarzyszy mu w czasie eksperymentów, a później umila czas w łóżku.

fly

Praca Brundle’a idzie całkiem dobrze, choć pierwszy eksperyment z żywym stworzeniem – małpą- koczy się tragicznie. Tu reżyser miał szansę po raz pierwszy obrzucić widza krwawym flakiem.

fly

Kiedy kolejna małpa biorąca udział w eksperymencie wyskakuje z kapsuły cała i zdrowa Seth dodawszy sobie animuszy procentami pakuje dupsko do machiny i teleportuje się.

Z kapsuły wychodzi cały i zdrowy, a nawet lepiej. Ma niespożytą energię i ogromną siłę. Sądzi, biedaczysko, że to zasługa oczyszczenia jakie dokonało się w jego cząsteczkach pod wpływem ponownej integracji.

fly

Prawda okazuje się inna. Do jego kapsuły przypadkowo trafiła mucha. Machina zgłupiała i połączyła dwa organizmy w jeden, na poziomie molekularnym. Gdzieś w Brundle’u kryje się pierwiastek muchy i z czasem ta druga natura bierze górę nad człowieczym genomem. Nie inaczej, jak nasz nieszczęśnik przekształca się w ogromną muchę.

fly

Jak widzicie, Cronenberg ukazał historie inaczej. Oglądając ten film zastanawiałam się czemu bohater ewoluuje w muchę stopniowo, czemu wynik ‘wchłonięcia’ drugiego organizmu nie był widoczny od razu. Tak by było chyba logiczniej, choć genetykiem nie jestem, więc odpuszczam.

Nie wiem, czy różnice w fabule można uznać za plus, czy za minus. Obydwie wersje przypadły mi do gustu. Scenariusz Cronenberga jest z pewnością barwniejszy, obfituje w humorystyczne wstawki i zawiera dużo refleksji na temat postrzegania człowieczego ciała.

W końcu nasz bohater myśli, że będzie nad człowiekiem, a okazuje się, że raczej ‘brundle-muchą’. Z jego ust padają słowa: śniłem, że byłem człowiekiem, a jestem owadem – czy jakoś tak. Od razu skojarzyło mi się to z cytatem chińskieog filozofa, który również rozważał istotę człowieczeństwa , ducha, materii, oniryzmu.
“Śniło mi się, że byłem motylem, i nie wiem, czy jestem człowiekiem, któremu śniło się, że jest motylem, czy też jestem motylem, któremu się śni, że jest człowiekiem”.

W starszej wersji filmu aktorstwo było, no, powiedzmy słabe, za wyjątkiem Vincenta Price’a, który jednak wcielał się w rolę trzecio planową – swoją drogą,szok.

U Cronenberga jest znacznie lepiej. Jeff Goldblum ze swoimi wyłupiastymi oczami, jeszcze przed przemianą kojarzy się jakoś tak… owadzio:) A jego warsztat, niewątpliwie dobry, doskonale oddaje obsesje szalonego naukowca.

Od strony wizualnej “Mucha” ’86 to popis gore. Nasz bohater stopniowo przeobraża się w potwora, gnije mu ciało, odpadają uszy, wylatują zęby, włosy. Brundle – mucha’ wymiotuje białym kwasem trawiennym, bo nie może wepchnąć sobie tradycyjnie do paszczy normalnego pokarmu.

fly

Nie dziwne, że w latach osiemdziesiątych, kiedy Aids wpierdzieliło się pod strzechy wielu, także znanym ludziom, publika odebrała wizję Cronenberga, jako aluzję do śmiercionośnego wirusa.

Nie sądzę, żeby reżyserowi faktycznie chodziło właśnie o to. Celowałabym raczej w przesłanie w stylu, człowieku nie przeginaj. Jesteś człowiekiem i człowiekiem pozostań, a granice nie przekraczalne zostaw tam gdzie są.

Ten sam wniosek nasuwa się także w związku ze starszym filmem, więc tu, powiedzmy, panuje zgoda, mimo iż środki przekazu, estetyka obydwu filmów jest skrajnie różna. I dobrze, że jest. Remake, które są kalką to nader często spotykany towar, dobrze, że ktoś tu czasem ma własną wizję.

Moja ocena:

Mucha 1958:8/10

Mucha 1986:8/10

Kolejna noc z żywymi trupami

Night of the Living Dead/Noc żywych trupów (1990)

noc zywych trupow

Barbara i jej brat John odwiedzają położony na prowincji cmentarz, gdzie ostatnimi czasy spoczęła ich matka. Mężczyzna urządza sobie drwiny z lękliwej siostry próbując ją nastraszyć perspektywą ataku potwora. Dziwnym zbiegiem okoliczności po chwili na scenę wkracza nieświeżo wyglądający pan, który atakuje rodzeństwo z wyraźnym zamiarem pożarcia.

noc zywych trupow

Brat ginie w walce z przeciwnikiem zaś Barbara ucieka znajdując schronienie w położonym nieopodal domu. Tu spotyka czarnoskórego mężczyznę, i inne osoby próbujące skryć się przed wszędobylskimi potworami. Owymi potworami są oczywiście żywe trupy, ale z tego nasi bohaterzy jeszcze nie zdają sobie sprawy.

noc zywych trupow

Jakoś wcześniej nie miałam ochoty zapoznać się z remake słynnego, wręcz prekursorskiego zombie movie George’a Romero. Z zasady nie kręcą mnie filmy o zombiakach, z reguły stanowią kalkę tego samego scenariusza, zmieniają się tylko miejsca i bohaterzy. Po co więc zawracać sobie głowę kolejnymi popłuczynami po “Nocy żywych trupów“?

Przekonały mnie do tego opinie wielu widzów, mówiące o tym, że remake wyreżyserowany przez Tom’a Savini (jego jedyny film), z pełnym błogosławieństwem Romero, jest lepszy od oryginału. Wiem, że czasami tak się zdarza, a jako, że “Noc żywych trupów” z ’68 należy to tego nielicznego grona filmów o zombie, które zapadły mi w pamięć postanowiłam sprawdzić tę kwestię. I co?

I nic. Nie zgadzam się z tym, że remake jest lepszy. Może charakteryzacja zombie jest tu może trochę bardziej a’la Fulci, może zakończenie jest ciekawsze, ale ja zostanę wierna oryginałowi.

noc zywych trupow

To na pewno kwestia tego, że uwielbiam stare horrory. Im starszy tym lepszy, wygrzebuje te truchła, często nieme, często zapomniane z nadzieją, że ktoś wreszcie doceni ich urok.

Kolorowy remake, ma swój klimat, owszem, akcja jest wartka, makabreska liczniejsza. Aktorstwo nie najgorsze. Ja mimo wszytko tęskniłam, za mniej zgniłymi, bladolicymi i jeszcze powolniejszymi zombie.

noc zywych trupow

Nie wiem, czy zauważyliście, jakiego rozpędu na przestrzeni lat nabrały żywe trupy. Porównajcie tempo w jakim się przemieszczali w “Nocy żywych trupów” w 1968 i jak zapierdzielali falami w World War Z. Świat pędzi na przód więc i zombie muszą przyspieszać. Cywilizacja jest bezlitosna…

Moje ostanie słowo: doceniam, szanuje, ale nie oddam pierwszeństwa.

Moja ocena:

Straszność: 8

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Aktorstwo:7

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Oryginalność:5

To coś:7

68/100

W skali brutalności:5/10

Nowe, cudowne dzieci

Village of the damned/ Wioska przeklętych (1995)

wioska przeklętych

W małym miasteczku Midwich, w biały dzień, ludzie i zwierzęta padają na glebę niczym martwi. Po jakimś czasie wszyscy wybudzają się ze snu, a wkrótce okazuje się, że znaczna grupa mieszkanek miejscowości została zapłodniona. Dziesięcioro kobiet, nawet te, które nigdy nie były seksualnie aktywne zachodzą w ciążę.

Sprawą szybko zaczynają interesować się władze i wysłana przez rząd doktor Susan Verner przejmuje pieczę nad ciężarnymi, a także nad ich wkrótce narodzonymi dziećmi.

Maluchy rosną zdrowo, ale ich rozwój przebiega szybciej niż u normalnie poczętych dzieci. Rodzice szybko orientują się, że ich pociechy posiadają niezwykłe właściwości ponad to są bezlitośni i całkowicie wyprani ze zwykłych ludzkich uczuć.

Kim są, skąd przybyli i co zamierzają?

wioska przeklętych

Na te pytania stara się odpowiedzieć John Carpenter w swojej ekranizacji powieści John’a Wyndham’a “Kukułcze jaja z Midvich”.

Jakiś czas temu pisałam tu o pierwszej próbie przełożenia wspomnianej książki na język filmu, mianowicie o obrazie “Wioska przeklętych” z 1960 roku. Dziś będzie o remake,tegoż filmu tudzież readaptacji powieści.

Czy to remake czy właśnie readaptacja ciężko mi powiedzieć. Nie miałam okazji przeczytać książki, ale z różnych pobocznych źródeł wiem, że tak naprawdę żadna z ekranizacji nie jest nawet w połowie wierna książce. Wykorzystany zostaje wątek przewodni, czyli niewyjaśnione ciąże (Około 60, nie 10) i ‘modus operandi’ dzieciaków. Reszta motywów to wolna amerykanka. Postaci są wycięte, zastąpione,przekształcone. Chociażby chłopiec o imieniu David, w książce nie jest on częścią jasnowłosej watahy, lecz normalnym dzieckiem.

wioska przeklętych

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie postaci Davida ze starego filmu, wiem, że człowiekiem na pewno nie był, ale czy wyróżniał się na tle swoich kosmicznych braci tak, jak to jest w filmie Carpentera?

John Carpenter, na opowiedzenie swojej wersji historii poświęcił więcej taśmy filmowej. Jego horror trwa dłużej toteż niektóre z wątków są bardziej rozwinięcie. W tym wątpliwości wokół postaci Davida. Niektóre z filmowych scen są bardzo podobne do tych obecnych w pierwszym obrazie, jednak Carpenter zadbał by to, co drastyczne było ukazane jak najdobitniej.

wioska przeklętych

Te zabiegi nie sprawiły jednak bym zrzuciła z piedestału film z 1960 i zakochała się w wersji Carpentera.

Nie powiem żeby jego obraz nie miał klimatu jednak nastrój w jaki wprowadza oryginał jest dużo ciekawszy. Dużo lepiej wypadły starsze dzieciaki, a i reszta obsady z 1960 bardziej się spisała. Oglądając dzieło Carpentera nie mogłam się nadziwić skąd wziął mu się pomysł by dać angaż Kristie Alley???

W żadnym z tych dwóch filmów nie uświadczymy szczególnie efektów specjalnych, choć Carpenter starał się, żeby jego dzieciaki były bardziej kosmiczne toteż odpalił im kobaltowo-laserowe oczy. Nie spodobało mi się to.

wioska przeklętych

Nie wiem jak efekt dziwnych oczu uzyskano w 1960, ale wypadły one o niebo lepiej. Starsze dzieciaki ogólnie bardziej budziły we mnie niepokój niż te pokazane w 1995.

Młodsza produkcja dostaje natomiast większego plusa za muzykę.

Słowem podsumowania mogę powiedzieć tylko tyle, że obydwie wersje tej historii są dobre. Fabularnie zadowalają równorzędnie, a jeśli chodzi o sposób w jaki zostały przedstawione to, co kto lubi. Nie każdy kocha czarno-biały obraz, więc tym wersja Carpentera na pewno spodoba się bardziej.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:8

Klimat:7

Walory techniczne:7

Zabawa:7

Napięcie:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

Zaskoczenie:5

66/100

W skali brutalności:2/10

Ciemna woda

Honogurai mizu no soko kara/Dark Wather (2002)

&

Dark Water – Fatum (2005)

dark water

dark water

Hido Nakata to japoński reżyser, który sprawił, że oczy całego świata grozy zwróciły się ku kraju kwitnącej wiśni. Azjatyckie horrory zaczęły płynąć do Europy nie przerwaną falą dając widzom możliwość zapoznania się z zupełnie inną filmową poetyką, grozą zupełnie innego rodzaju niż to do czego przywykli Europejczycy, a także Amerykanie. Reżyserzy ze Stanów Zjednoczonych szybko podchwycili skośne motywy, czyli chociażby typowy dla Nakaty motyw nawiedzonej metropolii, elektroniki wykorzystywanej przez mściwe duchy i tak zaczęły powstawać amerykańskie remake. Powstawały wręcz maniakalnie. Praktycznie każdy bardziej popularny wśród widzów azjatycki obraz doczekał się swojego amerykańskiego odpowiednika. Można za to opluć jadem tych, którzy nie do końca rozumiejąc azjatycką mentalność i podejście do straszenia zabrali się do przeróbek, ale fakt jest taki, że nie każdy przyswaja skośne kino i dla takich właśnie osób dobitne i łopatologiczne scenariusze remake są szansą na udany seans.

Osobiście przyjmuję te produkcje ze stoickim spokojem. Kiwam z aprobatą głowom i dla oryginałów i dla remake. Nie jest to łatwe jeśli nie rozgraniczy się tych produkcji pod względem różnych potrzeb różnych widzów. Wrzućmy je do jednego worka i postawny znak równości, a gwarantuje, że się ze sobą pogryzą.

Zacznę od produkcji oryginalnej. Reżyserem obrazu jest wyżej wspomniany Nakata. Za podstawę scenariusza, którego jest współtwórcą znowu posłużyła powieść Koji Suzuki.

dark water

Fabuła filmu stanowi historię rozwódki, która walczy z mężem o opiekę nad córką. Kobieta nie jest w najlepszej sytuacji finansowej toteż postanawia tanim kosztem wynająć obskurne mieszkanko w mało prestiżowej dzielnicy Tokio. Na kiepski wystrój można by przymknąć oko jednak cały budynek zdradza objawy nawiedzenia. Są one ledwie zasygnalizowane, oparte raczej o odczucia niż o wydarzenia. Coś jest w tym upiornym bloku.

dark water

Wrażenie grozy rośnie wraz z plamą wilgoci na suficie mieszkania Yoshimi. Po raz kolejny zagrożenie łączone jest z rzeczą prozaiczną- wodą. Aż strach odkręcać kran.

dark water

Bohaterka chcąc uchronić córkę przez złowrogą siłą dociera do smutnej prawdy o losie pewnej lokatorki, malej dziewczynki w żółtym płaszczyku przeciwdeszczowym.

W porównaniu z amerykańskim remake, o którym więcej za chwilę “Dark Water” z 2002 roku wypada dużo subtelniej. Zarówno sama historia głównej bohaterki jak i wydarzenia związane z historią ducha nie są tak wyklarowane. Wielu rzeczy trzeba się domyślić, wiele można wytłumaczyć po swojemu, ewidentnie ta swobodna przestrzeń jest całkowicie zagrabiona i wypełniona w filmie produkcji Amerykańskiej.

“Dark water- fatum” powstało w trzy lata później z błogosławieństwem i czynnym udziałem twórcy oryginału. Pewnie dlatego udało się tej produkcji zachować część klimatu z pierwowzoru.

Akcja filmu przenosi się za ocean do Nowego Jorku, gdzie kolejna młoda rozwódka boryka się z ex mężem i problemami finansowymi. Wprowadza się do nieciekawego budynku w nieciekawej dzielnicy, gdzie w strugach nie przerwanie padającego deszczu będzie się starać poukładać swoje życie. Podobnie jak to było w oryginalnej historii jej córeczka, Ceci znajduje na dachu budynku dziewczęcy plecaczek, zaś matka z niepokojem obserwuje rozrastającą się na suficie plamę wilgoci.

dark water

dark water

Od tego momentu fabuły obydwu filmów zaczynają się rozjeżdżać. Nie dlatego, że amerykański twórca zaplanował sobie inną przyszłość dla swoich bohaterek. On po prostu w zupełnie inny sposób operuje wątkami nawiedzenia.

Dorzuca więcej oczywistości, wyraźniej rysuje przed widzem charakter i problemy głównej bohaterki, wprowadza na arenę bardziej charakterystycznych bohaterów drugoplanowych i wreszcie wyrzuca na blat historię dziewczynki w żółtym płaszczyku. Klaruje, tłumaczy, objaśnia, wskazuje palcem.

Obydwa filmy opowiadają o tym samym, ale w zupełnie inny sposób, każdemu według potrzeb. Fabuły, szczególnie historia nieszczęsnego ducha nie wydają się szczególnie oryginalne – nie dla tych, którzy znają starsze produkcje Nakaty. Mnie w obydwu filmach najbardziej interesował klimat. Ponure miasto, goszczące smutnych bohaterów, stojących w strugach deszczu.

dark water

Moja ocena:

Dark Water (2002): 7/10

Dark Water-Fatum (2005): 7+/10


W skali brutalności:0/10

Człowiek człowiekowi kostmitą – po raz kolejny

Invasion of the Body Snatchers/

Inwazja łowców ciał (1978)

inwazja łowców ciał

“Inwazja łowców ciał” w reżyserii Philipa Kaufmana z 1978 roku jest pierwszym remake “Inwazji porywaczy ciał” z 1956 roku , tudzież drugą ekranizacją powieści Jacka Finney “Inwazja porywaczy ciał”.

Jak na drugie podejście do tematu przebiegłego ataku obcej formy życia na mieszkańców ziemi utrzymuje dobry poziom. W moim przypadku nadal wolę pierwszą ekranizację tej historii, zaś drugie miejsce oddaje najmłodszemu remake “Inwazja” z 2007 roku. Zamierzam dać szansę także filmowi z lat 90. Ostatni seans na pewno rozstrzygnie komu w moim skromnym mniemaniu należy się palma pierwszeństwa.

Miałam ogromną ochotę na “Inwazję łowców ciał”. Udział Donalda Sutherlanda jest praktycznie gwarantem udanego obrazu toteż miałam wobec niego pewne oczekiwania, które spokojnie mogę powiedzieć zostały spełnione.

inwazja łowców ciał

Od pierwszej ekranizacji różnią go przede wszystkim czas trwania. Nowszy film jest dłuższy o bite pół godziny, co z kolei wpływa na sposób prowadzenia fabuły. “Inwazja łowców ciał” jest zdecydowanie bardziej rozbudowana fabularnie, dłuższy wstęp, dłuższe zakończenie i nieco więcej elementów w środku.

Główny bohater, w którego wciela się Donald nie jest psychiatrą, jak to było w przypadku najstarszego i najnowszego filmu, lecz naukowcem pracującym w Amerykańskim departamencie zdrowia.

W tym samym miejscu pracuje także jego koleżanka Elizabeth, która jako pierwsza z bohaterów doświadcza niezwykłego zjawiska. Po tym jak przynosi do domu nie znany jej dotąd kwiat stwierdza nazajutrz, że jej narzeczony jest… inny. Schemat powtarza się w wielu przypadkach w całych stanach. Tajemnicza roślina rozprzestrzenia się a wraz z jej przyrostem coraz więcej ludzi zmienia się w zimnych i wypranych z emocji.

inwazja łowców ciał

Akcja pierwszej ekranizacji toczyła się w małym miasteczku na południu, natomiast Kaufman postawił na metropolię. Paranoja jaka ogarnia San Francisco doskonale współgra z szaleństwem rodzącym się w głowach poszczególnych protagonistów.

inwazja łowców ciał

inwazja łowców ciał

Elizabeth nie łatwo jest znaleźć osoby, które dadzą wiarę jej relacjom ze zmiany jaka dokonała się w jej narzeczonym.

Przełomem okazuje się moment, w którym bohaterzy stają się naocznymi świadkami ‘przeobrażenia’. Matthew wykreowany przez Sutherlanda odnajduje swojego przyjaciela Jacka, a raczej jego klona w trakcie formowania. Minimalistyczne aczkolwiek bardzo udane efekty sprawiają, że scena ta robi piorunujące wrażenie.

inwazja łowców ciał

Drugim mocnym akcentem jest już odnalezienie formującego się kolna Elizabeth. Od tego momentu akcja znacznie przyspiesza, aż w końcu ujrzymy także jak roślina tworzy nie jeden a kilka ulepszony wersji głównego bohatera, Matthew.

Jestem zdecydowanie na tak, dla drugiej ekranizacji “Inwazji porywaczy ciał”. Zmiany jakie wprowadzono w fabule oceniam na plus, jednak to, co najbardziej podobało się w obrazie Kaufmana to wszechobecna paranoja.

inwazja łowców ciał

Moja ocena:

Straszność:8

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

Walory techniczne:8

70/100

W skali brutalności:1/10