Archiwa tagu: serial killer

Zabij pasterza

Charlie mówi/ Charlie Says/ Charlie mówi (2018)

Od trzech lat, które zdążyły upłynąć od najsłynniejszych zbrodni w Hollywood, Leslie Van Hounten (Lulu), Patricia Krenwinkel (Katie) i Susan Atkins (Sadie) przebywają w celi śmierci. Mają tam zostać jeszcze długo, bo karę śmierci ostatecznie zmieniono na dożywocie.

Naczelnik więzienia widząc, że konieczna izolacja dziewcząt nie wpływa dobrze na ich resocjalizację, postanawia dopuścić do nich więzienną edukatorkę Karlene Faith. Kobieta regularnie spotyka się z osadzonymi dziewczynami Mansona próbując wykorzenić z ich głów nauki, za sprawą których dokonały zbrodni i trafiły za kratki.

Zastanawiałam się, czy w ogóle pisać Wam o tym filmie, bo nie szczególnie wpisuje się gatunkowo w tematykę bloga, ale pomyślało mi się, że jakby nie patrzeć ten rok należy do publikacji, i filmowych i książkowych poświęconych sprawie Mansona. Nie chciałam więc go pomijać, zwłaszcza, że nie skupia się on ani na osoba bezpośrednich ofiar, ani na mózgu operacji, czyli Mansonie, a na jego wyznawczyniach – oprawczyniach i ofiarach jednocześnie.

Nie wiem na ile scenariusz filmu odpowiada faktycznym wydarzeniom, bo wiem jedynie, że inspiracją do niego była literatura faktu, między innymi głośnią książką „Rodzina”. Dlatego też nie mogą Wam powiedzieć, że oto w tej chwili zasiadając do seansu z „Charlie mówi” poznacie tajniki prania mózgu jakiemu zostały poddane trzy młode morderczynie, albo, że poznacie kulisy ich odsiadki. Nie mniej jednak z pewnością poznacie interesującą historię.

Film w bardzo zgrabnym ujęciu prezentuje nam charakterystyki trzech bohaterek i nierówną walkę jaką toczy ich nauczycielka by w och głowach wreszcie zaświtała logiczna myśl. Postać Karlene bardzo mi zaimponowała. Raz, że zgodziła się zająć osadzonymi budzącymi tak ogromne kontrowersje, dwa, że zrobiła to z taką empatią. Nie, nie wparowała do ich celi, nie rozsadziła po kątach, nie okładała książkami po głowach. Nawet ani razu nie powiedziała im, że są pojebane, choć takie słowa cisnęłyby się na usta każdemu kto posłuchałby odtwarzanych przez nie banialuk.

Spotkania z nauczycielką przypominają bardziej terapię, niż edukację. Zadanie Karlene jest bardzo trudne, bo jak skonfrontować kogoś z myślą, że w mgnieniu oka przesrał sobie życie w imię czegoś, co jest wytworem fantazji? Widzimy jak szala przechyla się na stronę bolesnej prawdy, choć wdrukowane przez Mansona prawidła działają jak szwajcarski zegarek mimo swojej absurdalności.

Bardzo dobre kreacje aktorskie odtwórczyń ról Lulu, Sadie i Katie sprawiają, że nie da się ich ocenić kategorycznie i jednoznacznie. Z jednej strony są to jednostki, które nie mają żadnych wyrzutów sumienia w związku z zimnokrwistą zbrodnią, z drugiej strony prezentują się jak zagubione dzieci, żyjące w świecie bajek i cały czas powtarzające: Charlie mówi.

Retrospekcje skupiające się głównie na wspomnieniach Lulu – tej, która łamie się jako pierwsza – ukazują historie początku końca. Widzimy Mansona głosiciela, widzimy Mansona niespełnionego artystę, widzimy Mansona sadystę, widzimy Mansona pasterza.

Widzimy też trzy dziewczyny, które całkowicie straciły dla niego głowę. Nie, nie będę analizować dlaczego i nie będę Wam przedstawiać własnych wniosków, bo chcę żebyście zobaczyli to sami i ułożyli w głowach po swojemu.

Film jest smutny, bo jak inaczej może być, jeśli mamy do czniania z historią bezsensownych zbrodni i zmarnowanych żyć. Zachęcam do obejrzenia Moi Drodzy.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

Tylko krew

Bloodline (2018)

Evan Cole jest szczęśliwym mężem, świeżo upieczonym ojcem i szkolnym psychologiem na co dzień zajmującym się udzielaniem wsparcia nastolatkom mierzącym się z różnymi problemami. Każdy dzień pracy upływa mu na słuchaniu nie rzadko zatrważających zwierzeń.

Evan czuje się coraz mocniej sfrustrowany tym, że w wielu sytuacjach nie jest w stanie pomóc podopiecznym, nie bez podjęcia radykalnych kroków. Pewnego dnia po wysłuchaniu kolejnego wyznania nie wytrzymuje i postanawia osobiście rozliczyć się z winowajcą krzywdzącym dziecko.

Tytuł „Bloodline” z pewnością wzbudził przyjemne skojarzenia u fanów twórczości zespołu „Slayer”;) Wbrew temu, na co może wskazywać ów tytuł jest to film raczej umiarkowanie krwawy. Oczywiście sceny śmierci są tu obecne i stanowią główny wątek fabuły, ale nie spodziewajcie się rzek krwi.

Gatunkowo obraz przystaje bardziej do psycho thrillera z seryjnym zabójcą w roli głównej aniżeli slashera, czy filmu gore, lub torture porn. Głównie za sprawą naszego bohatera-antybohatera.

Nie małym zaskoczeniem była dla mnie twarz odtwórcy roli głównej. Co Stifler robi w horrorze?;) Ano gra i gra bardzo dobrze, Moi Drodzy. Widząc go z poważną, posępną miną, całą swoją postawą okazujący profesjonalizm była pod dużym wrażeniem. Debiutujący reżyser najwyraźniej pozwolił mu wyjść po za pudełko i dobrze zrobił.

Początek filmu w żaden sposób nie zapowiada jakie licho siedzi w Evanie. Jest przybity, trochę wyzuty z emocji, ale bardziej odbierałam to jako objaw zawodowego wypalenia niż rys socjopatyczny. Z drugiej strony, czy Evan jest socjopatą?

Śledząc drogę jaka doprowadziła Evana do vendetty, którą ostatecznie odprawia, wcale mu się nie dziwiłam. To kwestia osobistych doświadczeń zawodowych, ale miałam ochotę poklepać go po ramieniu i powiedzieć: Stary, wiem co czujesz.

Evan nie zabijał dla przyjemności, choć z drugiej strony udział w spełnieniu czyjejś karmy, dopełnienie sprawiedliwości, musiało mu sprawiać frajdę, a może tylko ulgę?

W każdym razie bohater „Bloodline” nie jest typowym mordercą. Nie bez udziału w całej sytuacji był jego żona, niezbyt szczęśliwa młoda mama i jej teściowa, tak, nazwijmy ją ‚mamą Stiflera’. Mama Stiflera wymiata.

Sceny śmierci ofiar też wypadają dobrze, może dlatego, że Evan nie ogranicza się do samego zabijania;). Tak więc, film jak najbardziej nice i spokojnie możecie obaczyć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

64/100

W skali brutalności:/2/10

Powrót łowców zabójczych umysłów

Mindhunter – Sezon 2

Jest rok 1979. Podczas gdy agent Ford i jego partner Tench starają się kontynuować swoją pracę dotyczącą profilowania seryjnych zabójców, pod czujnym okiem nowego szefa wydziału w Quantico w Atlancie giną dzieci. Nikt nie interesuje się losem czarnoskórych obywateli z dzielnic nędzy i zamiast na prowadzeniu szeroko zakrojonego śledztwa władze skupiają się na własnym wizerunku.

Jedna z kobiet związanych z rodzinami martwych dzieci używa podstępu by dotrzeć do agenta Forda. Tak sprawą mordercy z Atlanty zaczyna interesować się wydział behawiorystyki FBI.

Tak! Wreszcie! Doczekałam się nowego sezonu „Mindhuntera„. Naprawdę gorąco się z niego ucieszyłam i od razu zasiadłam do seansu zawieszając na ten czas letni maraton z „Teorią wielkiego podrywu”;) Możecie w to wątpić skoro tak długo zwlekałam z wpisem dotyczącym nowego sezonu, ale fakty są faktami.

Nowy sezon „Mindhuntera” to przede wszystkim głośna i przez wielu oceniana jako nierozwiązaną sprawa mordercy z Atlanty, który u schyłku lat ’70 polował na czarnoskóre dzieci tuż pod nosem policji. Ale nie tylko.

To też kontynuacja rozpoczętych wątków, także tych dotyczących spraw osobistych naszych bohaterów. O ile Holden nadal wydaje mi się być dość anonimowy w tym wszystkim o tyle bliżej poznajemy naszą panią naukowiec Wendy Carr.  Ta tajemnicza i dość posągowa postać ma za sobą ciekawe doświadczenia, które w końcu ujrzały światło dzienne. Ale to jeszcze nic! To nic w porównaniu z armagedonem jaki dokonał się w życiu rodzinnym agenta Tench’a. Sprawa dotyczy jego adopcyjnego syna i jest cokolwiek dobrze rokująca. Ci, którzy już widzieli nowy sezon doskonale wiedzą o jakie rokowania mi chodzi;)

Jedną z gwiazd drugiego sezonu jest też nie kto inny jak zasłużony ojciec Rodziny Charles Manson. Tak, doczeka się on swojego wywiadu w ramach badań prowadzonych przez Tencha i Holdena. Podobnie słynny  morderca z Houston, czy William Pierce jr.. Nadal jestem pod ogromnym wrażeniem doboru obsady. Skąd oni biorą tych sobowtórów? W dodatku tak piekielnie zdolnych?

Co tu dużo mówić, są emocje, są niespodzianki i ten sam znany z pierwszego sezonu bardzo wysoki poziom. Oglądać i jeszcze raz oglądać. I wypatrywać kolejnego sezonu, oby szybciej niż za dwa lata.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:10

Klimat:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:7

Zabawa:10

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:9

81/100

W skali brutalności: 2/10

Bękarty diabła – zmartwychwstanie

3 From Hell/ 3 z piekła (2019)

Baby, Otis i Kapitan Spaulding ‚bękarty diabła’ masowi mordercy i właściciele ‚domu tysiąca trupów’ wbrew prawom natury wychodzą cało z policyjnej obławy. Gdy tylko dochodzą do zdrowia trafią za kratki, bez specjalnych widoków na wyjście na wolność. Morderczy klaun żegna się z życiem zgodnie z wyrokiem sądu, ale Otis i Baby nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Gdy udaje im się wydostać z więzienia wracają do tego, w czym nie mają sobie równych.

Dom tysiąca trupów” do tej pory jest jednym z moich ulubionych horrorów. Skrajnie pojebana wizja Rob’a Zombiego, muzyka i filmowca była nie tylko czymś absolutnie oderwanym od mainstreamu, ale i swego rodzaju hołdem dla gatunku. Uwielbiam, no uwielbiam. Podobnie ciepłe uczucia wzbudził we mnie sequel pt. Bękarty diabła„. Kręcony już w nieco innej estetyce, ale z pomysłem i smakiem- smakiem krwi oczywiście. Nie ukrywam, że na tyle polubiłam jego bohaterów/antybohaterów, że w chwili ich śmierci w moim oku zakręciła się łezka.

Po ponad dziesięciu latach, wypełnionych średnio udanym projektami Zombie postanowił wrócić do pomysłu, który go rozsławił. Można powiedzieć, że swoich bohaterów wygrzebał z grobu i ponownie postawił na nogi. Jakkolwiek absurdalne jest to rozwiązanie ucieszyłam się na ich widok. I cieszyłam się nimi przez cały seans, ale muszę być uczciwa wobec faktów. Film jest odtwórczy i marny. Mamy tu do czynienia z powtórką z „Bękartów diabła”.

Sid Haig pojawia się na ekranie na krótko, ale fajnie daje sobie radę mimo złego stanu zdrowia – aktor zmarł w tym miesiącu. Mimo że odtwórca roli Otisa’ zachował się’ najlepiej jego warsztat aktorski stracił cały czar. Jego teksty wydawały mi się wymuszone. Rozumiem, że grał pod dużą presją, ale nie przekonał mnie.

Natomiast Sheri, ona nadal jest świetna. Zupełnie jakby nigdy nie opuściła skóry Baby. Bardzo przyjemnie śledziło mi się jej poczynania z tym, że … cóż, nie przeskoczyła samej siebie i nie zaprezentowała niczego nowego. Tak jak niczego nowego nie mamy w tej historii. Styl i oprawa jest daleka zarówno od poziomu i estety z „Domu…” jak i z „Bękartów…”. Muzyka? Jedna z najmocniejszych stron filmów Zombiego, zupełnie jakby jej nie było. Praktycznie brak szlagierowych kawałków w stylu Terryego Reida i ostrych wstawek samego Zombie’go. Coś tam brzęczy, ale nie zwraca uwagi. Gdyby nie mój sentyment do ‚tego co było’ prychnęłabym pogardliwie. Wg. mnie ta filmowa seria kończy się w czasie policyjnej obławy w ostatnich minutach „Bękartów diabła”

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

53/100

W skali brutalności:3/10

Przystojny, czarujący, uwodzicielski

Extremely wicked, shockingly evil and vile/ Podły, okrutny, zły (2019)

Liz, samotnie wychowująca córkę młoda kobieta poznaje w studenckiej knajpie przyszłego prawnika Ted’a Bundy’ego. Młodzi zakochują się w sobie i wkrótce tworzą już zgraną rodzinę. Sielanka trwa do chwili gdy  ukochany Liz zostaje oskarżony o porwanie  z zamiarem gwałtu na Carol DaRoch.

Liz chce wierzyć w niewinność Ted’a, ale gdy zaczynają pojawiać się kolejne oskarżenia pod jego adresem kobieta zmuszona jest skonfrontować się z całkiem nowym obrazem ukochanego mężczyzny.

„Podły, okrutny i zły” to kolejny film sławiący zbrodniczą karierę  najgłośniejszego seryjnego zabójcy Ameryki.  Chociaż nie. W zasadzie nie tyle jest to film o Bundy’m, co o jego dziewczynie. Liz Kendall napisała książkę „The Phantom Price – My life with Ted Bundy”, w której opisała jego historię ze swojej perspektywy. To właśnie ona w dużej mierze inspirowała scenarzystę tego filmu.

Nikogo nie zaskoczę stwierdzając, że o seryjnych mordercach opowiedziano już wszystko. Rozłożono ich na czynniki pierwsze, ba, nie tylko ich, ale także osoby, które odpowiadały za ich wychowanie, przez wielu postrzegane jako współodpowiedzialne. Ale co z życiowymi partnerami tych zwyrodnialców? Ci zwykle trzymają się w cieniu, może z powodu wstydu, może z poczucia winy. Często to właśnie partnerki morderców były najbliżej zbrodni w momencie jej popełniania. Tym bardziej ich spojrzenie na sprawę ciekawi.

Oglądałam zarówno filmy dokumentalne, jak i te fabularyzowane dotyczące Budny’ego i tu muszę stwierdzić, że gdyby zebrać to wszytko razem znajdą się takie, które wzajemnie sobie przeczą.

O ile dobrze pamiętam to w jednym z takowych pokazano, że Bundy nie był normalnym kochankiem i lubił gdy jego dziewczyna udawałą w łóżku zwłoki. W przypadku „Podły, okrutny, zły” nie ma o tym mowy. Tu Bundy jest ideałem. Żadnych wątpliwości aż tu nagle… bum. Dlatego też uważam, że perspektywa Liz jest tu dominując.

Ona naprawdę widziała w nim ideał, tymczasem był on psychopatą niezdolnym do miłości. Bundy, którego widzimy na ekranie ma twarz Zac’ka Efron’a, którego kariera zaczęła się od ról wymuskanych przystojniaków ze szkolnej drużyny.

Ten cały czar, wszystkich postaci, w  które wcielał się aktor jakby spłynął na jego kreację Ted’a. Filmowy Ted prezentuje się tu jako typowe ciacho, do tego elokwentny i niezwykle pewny siebie. Taki co to każda Niunia jego. Naprawdę idzie się nabrać. Nawet w chwilach gdy filmowy Ted występuje w sądzie, nawet gdy z premedytacją kłamie. Idzie mu uwierzyć. To chyba dowodzi sukcesowi filmu w kwestii sportretowania jego sylwetki w takim kształcie jak mogło odpierać go społeczeństwo nie świadome jego czynów.

„Podły, okrutny, zły” dobrze sprawdza się jako filmowy dramat, ale osoby, które oczekiwały wizualizacji gwałtów i mordów mogą być rozczarowane. Widzimy tu to co widziała Liz Kendall, a ona widziała fantomowego księcia.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

to coś:6

62/100

W skali brutalności:0/10

 

Jesteś blisko

The Clovehitch killer (2017)

Mieszkający w małym miasteczku nastolatek Tyler znajduje u swojego ojca pisemka BDSM, jednak to on zostaje posądzony o zainteresowanie fetyszami. Rówieśnicy nazywają go zbokiem i tylko żyjąca na marginesie szkolnej społeczności Kassi chce z nim rozmawiać. Dziewczyna ma specyficzne zainteresowania – seryjnych morderców. Wspólnie z Tylerem pragnie rozwiązać sprawę niejakiego Więźlarza, mordercy , który wiązał i zabijał kobiety.

„Clovehitch killer” to film na podstawie scenariusza współscenarzysty „Klauna„. Nie spodziewajcie się tu jednak podobnego klimatu. Produkcji bliżej do dramatu o nastolatkach , w porywach teen thrillera niż do horroru, który może wzbudzić strach. Nie mniej jednak nie uważam go za słaby, po prostu sądzę że nie zaspokoi w pełni apetytu amatorów krwistej grozy.

Jak w przypadku historii, których bohaterami są dzieci, wyrośnięte, ale nadal dzieci, jest w niej spora doza naiwności. Ta naiwność ucieleśnia się w postaci naszego bohatera Tylera. Typowa dziecięca skłonność każąca wierzyć, że świat i ludzie są dobrzy. Wychowany na skauta, udzielający się w kościele postanawia jednak zagłębić się w mroczną tajemnicę. Może nie tyle by uzyskać odpowiedzi, co… zaprzeczenia.

Jego przeciwieństwem jest rudowłosa koleżanka, która z premedytacją  spogląda na ciemną stronę życia. Nie mogę zdradzić zbyt wiele, żeby nie spoilerować, choć to i tak nie gwarantuje zaskoczenia. Szczerze mówiąc, byłabym zaskoczona gdybyście Wy byli zaskoczeni;) Być może nawet nie o zaskoczenie szło twórcom. W pewnym stopniu zafundowali widzom nieco inne spojrzenie na tematykę seryjnych zabójców.

SPOILER: Widzieliśmy już wątek ujęty ze strony żon i partnerek morderców, ze  strony szkolnych kolegów. Tym razem możemy zobaczyć z jakim problemem boryka się dziecko takiego osobnika. KONIEC SPOILERA.

Technicznie i aktorsko film wypada całkiem dobrze i ogólnie jest przyjemny dla oka. Być może nie zrobi większego wrażenia, ale można przy nim całkiem mile spędzić czas.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:8

Aktorstwo: 8

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

Szalony z miłości

You/ Ty (2018)

you

Joe pracuje w księgarni gdzie wpada mu w oko jedna z klientek. Dziewczyna wydaje się odwzajemniać zainteresowanie. Joe postanawia dowiedzieć się czegoś więcej o Beck, więc sprawdza wszystkie informacje dotyczące dziewczyny jakie ta udostępnia w sieci. Udaje mu się zaaranżować ‚przypadkowe’ spotkanie, które daje początek ich romansowi. Joe jest jednak dość specyficznym facetem a jego zaangażowanie w relacje jest wręcz obsesyjne.

Jako fanka tematu psychopatów nie mogłam przejść obojętnie obok nowej serialowej oferty Netflixa. Serial „Ty” został nakręcony na podstawie powieści Caroline Kepnes, ale podobno jest bardzo luźną adaptacją. W każdym razie nie miałam jeszcze okazji się przekonać i nie wiem, czy będę miała.

Z seansu z serialem, którego pierwszy sezon liczy 10 odcinków, jestem zadowolona połowicznie. Początkowe odcinki, samo zawiązanie akcji, przykuło moją uwagę. Później serial przechodzi w rejony nazbyt romantyczne i nie koniecznie w wydaniu, które mogłoby mnie przekonać. Pod koniec znowu następuje zryw akcji z pod znaku thrillera. Nie mogę tym ostatnim odmówić suspensu, czy pomysłowości, ale moim zdaniem akcje trochę niezdrowo przeciągnięto.

you

Co przypadło mi do gustu? Myślę, że kreacja psychopaty wypada całkiem interesująco.W rolę głównego antybohatera wciela się Penn Badgley, uroczy chłopczyna z „Plotkary” i sądzę, że ten fakt może przyciągnąć damską część publiczności:)

Jak na mój gust trochę niezdrowo wychudł, ale mniejsza. Do tej pory widziałam go tylko w remake „Stepfathera” jeśli idzie o gatunek grozy, gdzie nie zabłysnął szczególnie i chyba ogólnie jest raczej przeciętnym aktorem, ale do roli Joego myślę pasował.

W każdym razie Joe jawi się bardzo… niegroźnie. Jak taki mały spragniony miłości szczeniaczek. Ciężko go postawić w jednym szeregu ze zwyrodnialcami zabijającymi kobiety. A jednak, jest jednym z nich.

Jego działanie skupia się na uszczęśliwieniu Beck. Paradoksalnie wszytko, co robi, robi w dobrej wierze, wspiera ją w pisarskiej karierze, chroni przed tymi, którzy nie życzą jej dobrze. Sęk w tym, że większość z tych rzeczy robi bez jej woli i wiedzy, mając własną wizję tego, co daje dziewczynie szczęście. Ma też własne… mordercze metody. Joe jest też narratorem całej opowieści dzięki czemu możemy poznać jego punkt widzenia.

you

Co odnotowuje na minus? kreacja głównej bohaterki. Odtwórczynie tej roli pamiętam z serialu „Dead of summer„, gdzie już zdążyłam ją znielubić.

Beck jest postacią pełną egzaltacji, emocjonalnie pogubioną i jakąś taką… hym nie szczerą. Wcale nie jawiła mi się jako artystyczna dusza, tylko laleczka z parciem na szkło i skłonnością do wprowadzania w swoje życie elementów dramatycznych. Ciężko było mi się z nią solidaryzować, współczuć, czy kibicować. Raczej zastanawiałam się, czy Joe psychopata naprawdę nie mógł znaleźć sobie wdzięczniejszego obiektu 😉 Myślę jednak, że taka a nie inna charakterystyka bohaterki była zabiegiem celowym. Ostatecznie mogło chodzić o pewien dysonans pomiędzy tym jak Joe postrzegał Beck, a jaka była naprawdę.

Finał sezonu otwiera furtkę dla kontynuacji, ale nie uważam tego za zbyt dobry pomysł. Generalnie serial do obejrzenia,a le bez zbytniej podniety.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walor techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 1/10

Myers po raz enty

Halloween (2018)

halloween

Minęło czterdzieści lat od nocy Halloween, w czasie której obłąkany Michael Myers dokonał serii morderstw. Został schwytany i dożywotnio osadzony. Pozostawił jednak za sobą kilka niezałatwionych spraw. Jedną z nich jest jego siostra Laurie, która miała podzielić los tych, którzy zginęli z ręki Myersa. podczas gdy para dziennikarzy uprzykrza życie Laurie gradem pytań o brata ten umyka z niewoli. Nie trudno się domyślić jak wykorzysta świeżo odzyskaną wolność.

Najnowsze „Halloween” stanowi… niech pomyślę? Sequel pierwszej części najsłynniejszego lat ’70, puszczając w niepamięć do tej pory powstałe kontynuacje, remake i inne twory.

Powiem całkiem szczerze, że powstanie tegoż filmu miałam głęboko w poważaniu. zacznę od tego, że nigdy nie byłam fanką filmu Carpentera.

Tak, mówię całkiem serio. Wieeem, nie do wiary, jak można lubić slashery i nie zachwycać się najsłynniejszym z nich? No, jakoś można i jestem na to żywym dowodem;)

Najnowsze dokonanie w temacie Michaela Myersa postanowiłam jednak obejrzeć. Poniekąd z braku lepszej oferty, ale też z poczucia obowiązku.

Cóż mogę powiedzieć? Jamie Lee Curtis starzeje się z godnością:)

halloween

Dobra, tak na serio to muszę stwierdzić, że najnowsza wersja najsłynniejszego slashera  w mojej ocenie nieco odchodzi od swojej konwencji.

Pojawia się sporo wątków psychologicznych, w tym obraz przecudacznej relacji naszej bohaterki z dorosłą córką i sam sposób zaprezentowania tego jak Laurie poradziła sobie z traumą.

Jest też sporo wątków detektywistycznych związanych ze śledztwem, a w zasadzie pościgiem za Myersem. No i nasi dziennikarze i ich podcast. Dużo zamieszania jak na horror typu slasher, gdzie liczy się prostota przekazu.

Z jakiegoś powodu nowi twórcy wspierani przez Carpentera i synów uznali, że młodych apetytów nie zaspokoi się zwykłym odgrzewanym kotletem i trzeba zmodyfikować przepis. Jednak mimo, że film całkowicie pomija dotychczasowe kontynuacje, ‚jedynkę’ traktuje z nabożnym szacunkiem starając się oddać jej hold poprzez liczne nawiązania, jak klasyczne morderstwo baby sitterki, czy cytaty pochodzące z oryginału etc.

halloween

Całkiem dobrze mi się go oglądało, choć podkreślam jeszcze raz, nigdy nie byłam i chyba nie zostanę fanką tego milczącego typa i jego siostry.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

58/100

W skali brutalności:2/10

Niemiłe martwe dziewczyny

Sharp Objects/ Ostre przedmioty – Sezon 1 (2018)

ostre przedmoty

W rodzinnym miasteczku Camille doszło do dwóch morderstw dokonanych na nastoletnich dziewczynach. Redaktor gazety, w której Camille ma etat reporterki wpada na pomysł by jako była mieszkanka Wind Gap ponownie weszła w dobrze jej znane środowisko i ze swojej perspektywy nakreśliła sprawę niewyjaśnionych zbrodni. Camille godzi się na to. Problem w tym, że z rodzinnego miasta zamiast ciepłych wspomnień wyniosła traumę, z którą boryka się po dziś dzień. Powrót do domu okazuje się trudniejszy niż mogła przypuszczać, ale chęć rozwiązania zagadki zbrodni jest silniejsza niż instynkt samozachowawczy.

„Ostre przedmioty” to kolejna po „Zaginionej dziewczynie” i „Mrocznych miejsc” ekranizacja powieści Gillian Flynn. Tym razem książka stała się podstawą do nakręcenia serialu.

Taka forma daje możliwość dokładniejszego pochylenia się nad powieściowymi wątkami, zmniejsza ilość pominięć i przekształceń wymuszonych ograniczeniami czasowym.

Mimo tego osoby, które przed emisją serialu zapoznały się z książkowym pierwowzorem znalazły wiele słabych punktów w produkcji HBO, która jakoby nie wystarczająco wyczerpała temat. No cóż, może zostawiają furtkę na sezon drugi? Moim zdaniem byłoby to przegięcie, ale kto wie?

Sama książki nie czytałam, czeka na mnie i być może za jakiś czas po nią sięgnę, na ten moment oceniam serial jako samodzielny twór.

„Ostre przedmioty” bardzo przypadły mi do serca. Dom rodzinny Camille, południowe obyczaje, posągowa matka to pierwsze przykuło moją uwagę. Okej, może nie pierwsze.

ostre przedmoty

Pierwszy zwrócił moją uwagę już poster promujący serial. Na nim dwie aktorki które bardzo, bardzo lubię: Amy Adams i Patricia Clarkson. W serialu obydwie wypadają równie dobrze jak na plakacie. A nawet lepiej. Cała reszta również nie odstaje zbytnio poziomem. Na uwagę zasługuje chociażby Eliza Scanlen w roli przyrodniej siostry Camille, Ammy.

ostre przedmoty

Oczywiście ogromna w tym zasługa nie tylko samych aktorek i ich warsztatowych zdolności, ale też a może przede wszytkim świetnie stworzonych postaci. To one napędzają całą historię.

Historia może nie jest tak pokręcona i zaskakująca jak np. w „Zaginionej dziewczynie”, ale nie mniej jednak wielu widzów w tym ja doceni jej zawiłości.

Motywy i wątki pojawiające się tu „już gdzieś były”, ale nie w takim zestawieniu, nie w takim kolorycie. Sam klimat serialu wydał mi się wyjątkowy i raczej nietypowy dla serialu kryminalnego. W zasadzie nie mogę mu zarzucić nic ponad to, że tak szybko się skończył. Siadać i oglądać:)

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:8

76/100

W skali brutalności:1/10

Kości

Bone Daddy/ Sprawa Palmera (1998)

bone daddy

William Palmer doświadczony patolog sądowy swoją specjalistyczną wiedzę i najróżniejsze doświadczenia zawodowe sprawnie wykorzystuje w pisarskiej karierze. Z wielkim powodzeniem stworzył postać seryjnego mordercy inspirując się autentycznym przypadkiem nigdy nie schwytanego mordercy. Tuż po premierze nowej książki „Bone Daddy”, mężczyzna staje się ofiarą prześladowania przez człowieka, który jak wskazują wszystkie znaki na niebie i ziemi, jest pierwowzorem jego pisarskiego tworu.

Mówi się, że film Mario Azzopardiego powstał na fali popularności Milczenia owiec„, czyli nie inaczej, jest kolejnym thrillerem– klasyfikowanym jednak jako horror – gdzie ogromną rolę odkrywają wątki detektywistyczne.

Opowiadana tu historia jest ciekawa i z pewnością zainteresuje większość widzów, którzy do niej przysiądą.

bone daddy

Sporym problemem jest jednak wykonanie. Reżyser wprawiony w produkcjach dla TV nie był w stanie wskoczyć na wyższy level i sporo elementów zgrzyta. Najbardziej zgrzytało mi aktorstwo. O ile Rutger Hauer jest całkiem okej to reszta, ekipy…hym… spuściłabym na to zasłonę milczenia. Nie powalają też dialogi i to one są najsłabszym punktem scenariusza.

To co z kwestii technicznych zasługuje na pochwałę, to wszelkie elementy stricte horrorowe. Pierwszy raz miałam okazję zobaczyć na ekranie nogę pozbawioną kości – piorunujący widok. Podobnych wizualnych smaczków jest więcej więc sądzę, że apetyty fanów horroru zostaną zaspokojone.

bone daddy

Dla tych zwracających większą uwagę na aspekt fabularny mamy tu nieźle ułożoną intrygę. Jej przedmiotem jest oczywiście poznanie tożsamości mordercy, który zagniewany na powieściopisarza postanawia uczynić z niego pionka w grze.

Palmer bezskutecznie próbuje ochronić bliskich będących celem dla jego wroga. Z drugiej jednak strony zmuszony jest bacznie przypatrywać się osobom ze swojego najbliższego otoczenia, bo wiele wskazuje na to, że właśnie w ich szeregach czai się sprawca.

Reasumując, kino całkiem dobre, acz nie rewelacyjne. Do obejrzenia jak najbardziej.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:6

58/100

W skali brutalności:2/10