Archiwa tagu: Slasher

Snajper na drodze

Downrange/ Pod ostrzałem (2017)

Grupa znajomych w podróży łapie gumę. Wysiadają z auta na bezludnym, półpustynnym terenie by zmienić koło. Wtedy rozlegają się strzały i padają pierwsze ofiary. Młodzi ludzie wpadają w pułapkę przydrożnego snajpera.

Pozostajemy w klimacie podróży:)

Tym razem mam dla Was obraz znanego z “Nocnego pociągu z mięsem ” Ryuhei Kitamury traktujący o grupie młodych ludzi, którzy feralnie padają ofiarami gostka który lubi się bawić w snajpera.

Jest to film, w którym akcja rozpoczyna się już od pierwszych minut. Nim się dobrze przyjrzymy twarzom bohaterów już ktoś leży z rozwaloną głową na szosie.

Fabuła jest prosta, nie sili się na zgłębianie psychiki bohaterów i antybohatera. Poznajemy ich pokrótce i od razu w sytuacji kryzysowej. Gatunkowo można go zaklasyfikować do slashera, bo idzie tu o mord i o niewiele więcej.

Antybohater ma nad protagonistami nielichą przewagę, a nasi młodzi dość sympatyczni ludzie zmuszeni są do toczenia z nim nierównej walki w palącym słońcu na środku drogi, którą nie przejeżdża nikt- albo prawie nikt.

Szybkie ujęcia, dokładne zbliżenia na elementy gore to coś dla miłośników krwawych, dynamicznych fabuł. Aktorstwo prezentuje raczej niziutki poziom. Mamy jakąś modelkę i grupę debiutantów, to też nie wiele można tu od nich wymagać. Nie odmawiam im jednak entuzjazmu i zaangażowania.

Scenariusz rozpisany jest na tyle sprawnie, że bez trudu utrzymuje napięcie. Jako kino czysto rozrywkowe,  i z takim nastawieniem, nie ma się do czego przyczepić.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:8

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:6

57/100

W skali brutalności: 3

Polski camp slasher

W lesie dziś nie zaśnie nikt (2020)

Grupa młodzieży uzależnionej od nowych technologii bierze udział w wędrownym obozie ‘Adrenalina’, gdzie pośród lasu mają odkryć zalety życia poza cyberprzestrzenią. Na miejscu zostają przydzieleni do mniejszych, pięcioosobowych podgrup i puszczeni w las. Do grupy opiekunki Izy należy Aniela, Zosia, Julek, Daniel i Bartek. To właśnie oni będą mieli szczęście dowiedzieć się, czym jest prawdziwa adrenalina, gdy na swoim szlaku spotkają Podlaskiego Jasona.

Wyznaczona na piątek trzynastego data premiery “pierwszego polskiego slashera” ewidentnie przyniosła mu pecha. Po pokazie prasowym zdecydowano o przesunięciu premiery na czas bliżej nie określony, po czym Netflix ogłosił: bierzcie i oglądajcie, przez co nie wiadomo, czy film dostąpi zaszczytu zagoszczenia na wielkim ekranie. Nastroje w kraju są takie, a nie inne i nikt chyba nie myśli już o wypadach do kina. Wystarczającej adrenaliny może dostarczyć przejazd PKS’em do najbliżej Biedronki. Ale do rzeczy.

Może na wstępie coś powinniśmy sobie wyjaśnić. “W lesie dziś nie zaśnie nikt” nie jest pierwszym polskim slasherem. Sama pisałam już o przynajmniej dwóch, a wrodzona skromność;) nie pozwala mi wnioskować, że obejrzałam wszystko w tym gatunku. Mieliśmy klawy “Piotrek 13ego” i “Gdzie diabeł mówi dobranoc. Obydwie offowe produkcje przypadły mi do gustu bardziej niż dzieło Bartka Kowalskiego. Owszem obydwie szły bardziej ewidentnie w stronę pastiszu aniżeli horrorów na serio, ale nie zmienia to faktu, że “W lesie…” też nie da się odebrać na poważnie.

Kowalski podkreślał niewielki budżet filmu, ale akurat te rzeczy, które bolały mnie w odbiorze produkcji najbardziej były od budżetu niezależne. Film może razić kiepską jakością zdjęć, czy efektów, może razić chałupniczą charakteryzacją, ale wszystko to zostanie rozgrzeszone jeśli pomysł będzie dobry, a scenariusz przemyślany i dostosowany do budżetu.

Początek filmu jest wcale nie głupi. Klasycznie camp slasherowy. Idziemy w las z archetypowymi bohaterami tego rodzaju produkcji. Widzimy pierwszą śmierć, pierwszego protagonisty. Aj, taki ukłon w stronę którejś z części “Piątku 13ego”. A później wszytko zaczyna się sypać. Scenarzystę przywiązali do drzewa i porzucili.

Co wyróżniało najlepsze slashery spośród całej masy hurtowo produkowanych filmów klasy B? Postać Final Girl, historia antagonisty i sceny mordów. Te ostatnie wcale nie musiały być szczególnie krwawe, liczyło się to by zabić w nowy, totalnie odjechany sposób. Tymczasem o ile pierwszy z listy zgonów, zgon można uznać za swego rodzaju hołd na otwarcie o tyle cała reszta jest już kalkowaniem, odhaczaniem kolejnych tytułów. Ty zginiesz jak w “Teksańskiej masakrze...”, a ty jak we “Wrong turn“. Żadnej własnej myśli twórczej.

Czas na Final Girl. Zgodnie z moimi przewidywaniami jest nią Zosia. Ta nieuczesana i źle ubrana. Rozpoznacie w niej Wieniawę z której zdarto cały glamour i kazano jej być aktorką. Pytanie za milion: Co Zosia robiła na obozie offline’owym? Jej naiwnie sentymentalna historia nijak nie prowadzi ja do miejsca przeznaczenia. SPOILER: Twoja rodzina zginęła straszną śmiercią? Jedz na obóz z dzieciakami uzależnionymi o youtube’a, to Ci dobrze zrobi.KONIEC SPOILERA. Czy ktoś zadał sobie choć odrobinę trudu by trzymało się to kupy? Wątpię.

Czas na antagonistę, a właściwie antagonistów, dwóch, żeby było na bogato. Charakteryzacja? Widzieliście “Topór”? No to wiecie jak wyglądają polscy Jason’owie. Znowu brak myśli twórczej.

Za to urąganie za brak inwencji pokarało mnie w momencie, gdy przedstawiona mi została biografia owych’ Toporników’. Tu pojechali po bandzie. Pojechali tak, że nie jestem w stanie wymyślić głupszej i bardziej absurdalnej historii ‘narodzin leśnego zła’. Była za to okazja do zużycia resztek budżetu, który został po wypłaceniu gaży Wieniawie i Gosiewskiej, na efekty komputerowe. Tak, mamy scenę otwierającą z “Prometeusza” w wersji Kowalski i s-ka.

Fabuła. Fabuła jak wspomniałam bazuje na schemacie camp slashera, jednak zamiast z tego nurtu czerpać co najlepsze, konsekwentnie zbiera wszystkie poprodukcyjne odpadki. Wytrwale przeczy logice i olewa związki przyczynowo skutkowe. Przypomina to gotowanie zupy z tego co akurat zostało w lodówce. Ten przepis raczej nie trafi do master chef’a.

Mam świadomość tego, że pomijając  kwestie telefonu, czy wątek spotkania Bartka z księdzem, większość fabularnych luk wynika z grubych montażowych cięć. Na zasadzie: To się wyjebie, nikt nie zauważy różnicy, a przyoszczędzimy trochę czasu. Błąd. Horrory to nie filmy dla idiotów.

Czy było tam coś dobrego? Na osłodę powiem, że: Tak, początek był obiecujący. Niektóre żarty się udały. Zosia do Julka: Julek, a ty umiesz biegać? 🙂 Uśmiechnęłam się. Wieniawa wcale nie zagrała najgorzej. Nagroda Złotego Drąga przypada Gośiewskiej. Jej występ uporczywie nasuwał mi skojarzenie z rolą Paris Hilton w “Domu woskowych ciał”. Nie nudziłam się, to też plus.

Tak czy owak, potwierdziło, się moja myśl: Polacy nie potrafią robić amerykańskich horrorów. Mimo tego seans z “W lesie dziś nie zaśnie nikt” uważam za pozycję obowiązkową. Może być ku przestrodze, albo z pobudek patriotycznych;)

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie: 5

Walory techniczne: 6

Aktorstwo: 6

Oryginalność:3

To coś:4

46/100

W skali brutalności:2/10

Ostatnia impreza

Die letzte Party deines Lebens aka Party Hard die young (2018)

Grupa absolwentów liceum bawi się wspólnie na kilkudniowej imprezie muzycznej w Chorwacji. Wśród nich są Julia i Jessika przyjaciółki planujące wspólne studia. Niestety jedna z nich postanawia się wyłamać i bez uprzedzenia drugiej zmienia założenia. Pomiędzy dziewczynami dochodzi do kłótni w wyniku, której rozdzielają się podczas popijawy. Nazajutrz ani Julia ani jej przyjaciele nie mogą znaleźć Jessiki. Nikt z nich nie rezygnuje jednak z dalszej zabawy, tymczasem zaczynają ginąć kolejne osoby z klasy Julii.

To dopiero głośny film. I nie mam tu na myśli sławy i popularności, tylko wrażenia czysto sensoryczne. Nieustannie hucząca muzyka taneczna to znak sygnalny tej historii. Młodzi bohaterzy austriackiego horroru bawią się i giną w rytm Gigi d’agostino.

Już chyba jesteście w stanie stwierdzić, że nie jest to produkcja skierowana do fanów nastrojówek. Zdecydowanie mamy tu do czynienia z teen slasherem, który jednak ma niewiele wspólnego z estetyką klasyki tego podgatunku. To horror na wskroś współczesny mimo, że jego szkielet fabularny trąci myszką, bo żadne novum tu nie następuje.

Bohaterzy to grupa rozbawionych, kipiących młodością ludzi. Przez większość akcji są pijani albo skacowani. Jak w każdym podręcznikowym slasherze pojawia się jakiś Zły Pan, który psuje im zabawę.

Tożsamość owego niegodziwca jest skrzętnie ukrywana przed widzem. Scenarzysta jest na tyle ostrożny, że nie daje nam choćby małej wskazówki, coby nie zepsuć w sumie dość oczywistego finału. Pisząc oczywisty nie mam tu na myśli łatwy do odgadnięcia, bo jak wspomniałam tropów brak- chyba, że tych mylnych – chodzi mi raczej o typowość rozwiązania tej zagadki. Tak, jest sztampowo slasherowa. Jest umoralniająca pointa i wszytko zgodnie z podręcznikiem.

Dla fanów dynamicznych zgonów jest tu sporo dobrego, więc pod tym względem film się sprawdza. Myślę, też, że za sprawą tej zalety zjedna sobie jakąś tam rzesze fanów. Jak dla mnie może być.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

56/10

W skali brutalności:2/10

Balanga studencka

The House on Sorority Row/ Dom Pani Slater (1983)

Kilka absolwentek college’u planuje urządzić imprezę z okazji zakończenia studiów. Wszystkie one są lokatorkami niejakiej Pani Slater od lat prowadzącej dom studencki dla dziewcząt. Sędziwa kobieta ani myśli zgodzić się z tym pomysłem, zamiast tego nakazuje byłym już studentkom jak najszybciej opuścić jej włości.

Vicky, jedna z dziewcząt wyjątkowo zachodzi jej za skórę swoim frywolnym zachowaniem narażając się tym samym na wybuch agresji ze strony staruszki. Upokorzona dziewczyna do spółki z koleżankami planuje zemstę na pani Slater, niestety plan wymyka się z pod kontroli i martwe ciało staruszki ląduje na dnie basenu.

“Dom Pani Slater” nigdy nie znalazł się w czołówce najpopularniejszych horrorów nurtu slash. Sama miałam duży problem z dokopaniem się do niego, a o tym, że mi się to w końcu udało ostatecznie zadecydował przypadek.

“Dom pani Slater” był pierwszym horrorem nakręconym przez Marka Rosmana i pierwszym jego filmem w ogóle. Przeglądając jego filmografię aż dziw bierze, że gość od “Lizzy McGuire” i innych tego rodzaju produkcji zaczynał właśnie w ten sposób. Dziwi to tym bardziej, że w “Domu pani Slater” widać ogromne zamiłowanie do gatunku i jego znajomość.

Tak, “Dom Pani Slater” jest podręcznikowym slasherem. Ze wszystkimi slasherowymi zaletami i typowymi w tym podgatunku wadami. Obraz nie ma szansy spodobać się osobom nie lubiącym slasherów. Osobiście wolę te z nurtu camp, albo backwoods, ale nie mogę powiedzieć bym miała powody pogardzić opowieścią osadzoną w studenckim bractwie.

Sam scenariusz jest schematyczny i podporządkowany nieśmiertelnym prawom slashera. Mamy więc naszą tytułową bohaterkę,która pada ofiarą niewybrednego żartu zakończonego jej zgonem. Kwestia zgonu jednak okazuje się wątpliwa, gdy w czasie imprezy w bractwie zakamuflowane przez studentki ciało znika z basenu. Czyżby jednak Pani Slater przeżyła i to właśnie ona wymierza bolesne razy swoją laską tym, którzy w tak głupi sposób mogli pozbawić ją życia?

Widzom takich obrazów jak “Piątek 13ego” z automatu przyjdzie do głowy alternatywne rozwiązanie, również popularne w slasherach, więc nie jestem pewna czy możemy tu mówić o niespodziance, choć taki mógł być zamiar scenarzysty.

Podobnie schematycznie wypadają charakterystyki naszych oprawczyń. Mamy tu typowe kontinuum: Od najczarniejszego charakteru ucieleśnionego w postaci rozkapryszonej i kipiącej złością Vicky aż do prawie niewinnej Katey, która jako jedyna z gromady okazywała skrupuły względem zatajenia morderstwa. Mamy kilka ‘kuropatw’, jak zwykłam nazywać dziewczęta niczym niewyróżniające się i akcent- chyba komediowy- czyli głupiutką Morgan, która swoimi ‘przygotowaniami do zgonu’ udowodniła jak cienka jest granica między chujowym aktorstwem, a wybitną kreacją głupiej blondynki.

Jeśli już jestem przy rozwiązaniach o zabarwieniu humorystycznym to nie mogę nie wspomnieć o scenie z policjantem i kontenerem. Gotowy temat na pastisz. Z resztą, momentów, które można uznać za bardziej śmieszne niż straszne – szczególnie zdaniem współczesnego widza znajdziemy tu od groma. Praktycznie każda scena mordu za sprawą realizacji stricte technicznej trąci czymś co ociera się o groteskę.

Najciekawiej w tym wszystkim wypada kreacja tytułowej Pani Slater, kobieta z przeszłością, z wyraźnym rysem obłędu i mroczną tajemnicą. Szkoda, że tak szybko umarła;)

Ubawiłam się na tym filmie, a to chyba najważniejsze.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:8

60/100

W skali brutalności:2/10

Zwykła zabawka

Child’s Play/ Laleczka Chucky (1988) & Child’s Play/Laleczka (2019)

Remake, remake, wszędzie remake. Reamke’a doczekała się też pierwsza odsłona “Laleczki Chucky”, na którą jakimś sposobem trafiłam do kina. Z uwagi na to, że fabularnie filmy zasadniczo się różnią, zmuszona jestem niejako rozbić, przynajmniej opisową część wpisu, na dwie części. Zacznę od klasyka:

Ścigany przez policję przestępca Charles Lee Rey z pomocą czarnej magii w chwili swojej śmierci importuje swoją złą duszę do interaktywnej zabawki “Good boy”.

Ten konkretny egzemplarz trafia w ręce małego chłopca, Andy’ego wychowywanego przez samotną, zapracowaną mamę, Karen. Lalka, która miała być prezentem staje się przekleństwem ściągającym ofiary śmiertelne i chcącą przejąć ciało chłopca.

Klasyczna “Laleczka Chucky” nakręcona przez Toma Hollanda stworzyła ikonę popkultury w osobie rudej, wrednej lalki. Mimo, że pomysł na uczynienie z przedmiotu dziecięcej zabawy antybohatera pojawił się już wcześniej, chociażby w nakręconym rok wcześniej “Dolls” to właśnie Chucky stał się nieśmiertelny w swojej sławie.

Teraz pomysł z przestępcą parającym się Voodoo i zaklinającym lalkę może wydawać się śmieszny nawet jak na standardy kina rozrywkowego. Być może właśnie dlatego twórca remake postarał się o inną genezę Chucky’ego.

Oryginał doczekał się aż sześciu sequeli, z czego każdy kolejny coraz bardziej skręcał w stronę groteski. Ta groteska, w odpowiedniej porcji była też obecna w pierwszej odsłonie “Laleczki Chucky” jednak nie skończyło się to źle dla projektu, wręcz przeciwnie.

Może właśnie dzięki unikaniu patosu, film nie naraził się na niebezpieczną śmieszność. Pierwszy Chucky, bawi i straszy. Jest w tym dość skuteczny, choć sama nie uważam się za wielką fankę tego bohatera.

Porównując obecnie starszą wersję i jej remake muszę jednak przyznać, że film nie zestarzał się tak bardzo, jak to bywało w przypadku niektórych formatów. O dziwo, dotyczy to nawet scen śmierci, które nadal można oglądać z przyjemnością – jakkolwiek to brzmi;)

Nowa “Laleczka” to już nie “Laleczka Chucky”, lecz tylko “Laleczka”, choć tytuł oryginalny pozostawiono bez zmian.

Spokojnie, nadal ma na imię Chucky, jest podły i rudy:) W jego powstanie nie jest wplątana magia Voodoo, a magia technologii, dokładnie sztuczna inteligencja.

Produkt pod nazwą “Buddy” trafia do setek samotnych dzieciaków chcących mieć własnego przyjaciela. Andy’emu, na oko jedenastoletniemu chłopaczkowi trafia się jednak egzemplarz wybrakowany. Klątwą jaka spada na lalkę są tym razem zdjęte zabezpieczenia, które działając prawidłowo uniemożliwiają małemu robocikowi sianie zniszczenia. Jednak Chucky Andy’ego jest rozhamowany pod każdym względem i mimo najlepszych intencji krzywdzi ludzi i …. chlip, chip… kotki.

Swoją misję bycia najlepszym przyjacielem traktuje nader serio i nie cofnie się przed niczym by uszczęśliwić swojego właściciela. Szczegółów Wam nie zdradzę, ale trup ściele się gęsto, a scena z kosiarką mm… midzio. Właśnie w ten sposób wyobrażałam sobie scenę z “Misery” Kinga, scenę obecną tylko w książce.

Nie da się ukryć, że remake poszedł z duchem czasu. Jest to nowa “Laleczka” dla nowego pokolenia. Ja będąc niejako pomiędzy, ze swoją oceną też pozostanę pomiędzy. Być może część widzów będzie rozżalona, że nadprzyrodzony rodowód Chucky, zastąpiono czymś bardziej przyziemnym, ale czy przez to jest mniej straszny?

Mnie, ku mojemu zaskoczeniu nowa wersja historii spodobała się. Zarówno na poziomie pomysłu, jak i wykonania. Dużego plusa daję odtwórcy roli nowego Andy’ego, ale zaminusowali u mnie tym kotem cholernie.

Podsumowując, jeśli macie chęć wybrać się do kina na nową wersję “Laleczki” możecie to spokojnie uczynić, myślę, że nie będzie zawodu. Starszej wersji, kłaniam się nisko, nadal z nabożnym szacunkiem, ale bez zachwytu.

Moja ocena:

Laleczka Chucky (1988) – 7/10

W skali brutalności:2/10

Laleczka (2019)- 7+/10

W skali brutalności:3/10