Archiwa tagu: Stephen King

Powrót czerwonego balonika

It: Chapter two/ To: Rozdział 2

Minęło 27 lat odkąd siedmioro dzieciaków z Derry zmierzyło się upiornym klaunem z kanałów pod miastem. Billy, Beverly, Ben, Stan, Richie, Eddie i Mike wyszli z potyczki z Pennyvise’m cało i doczekali dorosłości. Niestety zła nie da się zabić tak do końca, ono zawsze znajdzie drogę powrotną. Można tylko uciec i zapomnieć, jak uczynili to członkowie ‘klubu frajerów’.

Mike, który jako jedyny pozostał w Derry , w 27 lat od momentu starcia telefonuje do swoich przyjaciół informując ich, że To wróciło. Przyjaciele zobowiązani solenną przysięgą przybywają do Derry by jeszcze raz podjąć rękawice.

O ile bohaterzy filmu “To” (2017)  na wielki come back ‘Tego’ musieli czekać 27 lat, o tyle filmowcy uwinęli się z tematem w dwa lata i widzowie mogą już cieszyć się z kontynuacji historii. Czy faktycznie mamy powody do radości, to już kwestia indywidualna;)

Tak, jak przewidziałam pisząc o ‘rozdziale pierwszym‘, segment drugi traktuje o dorosłych wersjach małych bohaterów i ich powrocie do krainy dzieciństwa.

Mike jako jedyny pozostał na miejscu, niby strażnik gotowy zaalarmować oddział gdy tylko parszywiec Pennywise wychyli się z kanału. Jedyny czarnoskóry członek klubu frajerów nie zdołał ułożyć sobie życia, wciąż ślęczy nad książkami łącząc etat bibliotekarza z prywatną paranoją na punkcie Pennywise’a. Włosy Beverly nadal płoną, ale niestety jej serce zapłonęło do mężczyzny będącego swoistym klonem jej psycho tatusia. Beverly z ochotą wraca do przyjaciół z dzieciństwa, wciąż nie łapiąc czyje serce spaliła w zimowym ogniu. Hipochondryczny Eddie pochował nadopiekuńczą matkę dzięki czemu wyfrunął z gniazda wprost do sektora finansowego. Richie został mało zabawnym, ale bogatym komikiem i do Derry wrócił wypasioną bryką. Bill, który zapoczątkował krucjatę w ’89 został poczytnym pisarzem, któremu sam Stephen King wytknie skłonność do kiepskich zakończeń. Dorosły Ben został architektem i … ciachem. Spektakularna metamorfoza jego powierzchowności z tłustego cielaka i zgrabnego byczka robi na jego przyjaciołach większe wrażenie, niż CGI na widzach “TO: Rozdział 2”. Zabrakło tylko Stana, ale o nieobecnych nie mówimy;)

Wbrew moim założeniach kontynuacja filmu nie trzyma się tak mocno czasów współczesnych. Widz co i ruch przenoszony jest do lat ’80, za sprawą maniakalnie stosowanych retrospekcji. Może gdyby nie to, film nie byłby takim molochem. Szczęśliwie owe retrospekcje nie są kadrami wyciętymi z jedynki i odtworzonymi raz jeszcze, a fragmentami do tej pory nie prezentowanymi widowni. Pojawiają się ilekroć luki w pamięci dorosłych egzemplarzy frajerów uzupełniają się o nowe informacje z przeszłości. Dla twórców filmu stanowią też doskonały pretekst do rzucenia widzowi w twarz kolejnej porcji efektów.

Tak, efekty. Efekty są tym czym żyje “To: Rozdział 2”, czym oddycha. O komputerowo wygenerowanych maszkar i wszelkich potworności jest aż duszno, aż gęsto. Nie podobało mi się to. Obraz jest przeładowany  jump scenami, a to zawsze daje efekt odwrotny od zamierzonego.

Gwiazdorska obsada radzi sobie całkiem nieźle, choć jak dla mnie trochę ich skrzywdzono dialogami. Masa patosu, infantylność, inteligencja zdecydowanie poniżej przeciętnej. Ponownie najbardziej podobał mi się Pennywise, dopóki nie władowali mu w dupę rażącej porcji CGI. Po tym gwałcie nie jest już taki sam, a szkoda.

Reasumując, film sobie obejrzałam i o tyle. W porównaniu z pierwszym wypada zdecydowanie słabiej, a co to będzie jak zrobią “To: Rozdział 1/2”? Tak, Moi Drodzy, sukces finansowy obydwu produkcji pobudził apetyt twórców. Ci rozpływając się w zachwycie nad własnym geniuszem the best’u, który to podsunął im patent ukrytych wspomnieć, już zaczęli mędrkować, że z samych wspomnień ‘pomiędzy’ można by zmajstrować scenariusz. Tak więc być może niebawem dowiemy się jaką kieckę Beverly założyła na ślub ze swoim mężem-dupkiem, czemu Bill pisze kiepskie zakończenia i ile szczurów Mike ubił na strychu biblioteki.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

51/100

W skali brutalności:2/10

Zagubieni w trawie

In the Tall Grass/ W wysokiej trawie (2019)

Rodzeństwo Becky i Cal podróżują międzystanową do Kalifornii. Becky jest w zaawansowanej ciąży i kiepsko znosi podróż toteż zmuszeni są przystanąć na odludziu. Z pobocza dobiega ich głos chłopca wołającego o pomoc z wysokiej trawy zarastającej rozległy teren przy drodze.

Najpierw Cal, a później jego siostra ruszają w ślad za głosem dziecka. Odnalezienie go okazuje się niemożliwe, co więcej sami gubią się w wysokiej trawie. Błądząc pośród gęstwiny w palącym słońcu zdają sobie sprawę, że pole posiada niezwykłe właściwości, które rychło doprowadzą do ich śmierci.

Czy wspominałam już, że “W wysokiej trawie” jest moim ulubionym opowiadaniem Kinga? Oczywiście zaraz za “Ciałem”. A więc jeśli nie wspominałam to wspominam teraz. Już podczas lektury marzył mi się seans z filmem na jego podstawie i choć z ekranizacjami bywa różnie to cieszę się, że ta powstała. Jej twórcą, zarówno na poziomie scenariusza jak i reżyserii jest Vincenzo Natali (Cube”, serial “Hannibal“), solidny człowiek, który solidnie podszedł do tematu.

Próbując przywołać w pamięci szczegóły opowiadania nie przypominam sobie elementów, które jakość szczególnie zostały przekształcone, choć moja pamięć może być zawodna. Z pewnością historię rozbudowano, dodano do niej, ale nie jest to raczej kwestia zapędów twórcy filmu ile wymóg samego opowiadania, które jest zwyczajnie za krótkie na długi metraż.

W ogromnym stopniu to właśnie minimalizm historii tak mnie urzekł w opowiadaniu, ale nie mogę powiedzieć, by to co zaproponował Natali nie było warte uwagi. Ktoś może uznać, że niekończący się pościg wśród zieleni wieje nudą, ale w moim przypadku odnotowuje to na plus. Autentycznie umordowałam się wraz z bohaterami i lepiej wczułam się w ich sytuację: zmęczenie, panikę.

Najmocniejszym punktem programu jest trawa. Wysoka gęsta trawa. Ktoś by powiedział, takie nic. Ale każdy kto ceni wyobraźnię Kinga wie, że ten autor potrafi wycisnąć grozę ze wszystkiego. Pole trawy okazuje się idealnym miejsce na horror. Nie trudno zginąć w miejscu, w którym nie widać horyzontu. Nie trudno zabłądzić, gdy dokoła wszystko jest takie samo. Agorafobia i klaustrofobia w jednym. Jest i pierwiastek nadprzyrodzony. To nie jest zwykłe pole. Zdaje się ono przemieszczać bohaterów, ale i w nich samych czynić zmiany. A może to nie magia tylko czysta psychologia? Nic tak skutecznie jak zagrożenie życia nie wyciąga z ludzi najgorszych instynktów – i to tak się składa też jest jeden z ulubionych punktów bazowych dla Kinga.

Prezentowana tu historia jest naprawdę niezła, a i sposób jej ukazania przy pomocy dość prostych środków wyrazu działa. Atmosfera grozy jest odczuwalna, a to przecie główny wymóg filmowego horroru.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:2/10

Przeszłość nie chce aby ją zmieniać

Dallas 63 – Stephen King

Trzydziestoletni nauczyciel języka angielskiego Jake Epping za sprawą swojego znajomego, Al’a odkrywa możliwość podróżowania w czasie. Nie wehikułem, lecz przy pomocy sekretnego przejścia mogącego w jednej sekundzie przenieść człowieka do jednego jesiennego dnia roku 1958 w małym amerykańskim miasteczku.

Al korzystał z niego wielokrotnie i ochoczo udowadnia Jake’owi , że jest to jak najbardziej możliwe. Dzieli się jednak tą wiedza nie bez powodu. Podróże do przeszłości, a tym samym możliwość wpływania na nią, zainspirowały do osobliwego pomysłu. Jak sam stwierdza największe historyczne przełomy, największe społeczne zmiany zawsze poprzedzały zamachy. A gdyby tak zapobiec jednemu z nich?

Nawet osoby nieszczególnie zainteresowane historią Stanów Zjednoczonych z pewnością mają swoje skojarzenia na temat hasła: Dallas ’63. Chodzi oczywiście o zamach na prezydenta Keneddy’ego, jedną z największych amerykańskich traum.

Stephen King wykorzystuje historię owego zamachu do snucia rozważań na temat podróży w czasie i ich konsekwencji. Co byłoby gdyby były możliwe?

Pisarz nie wdaje się w naukowe rozprawy, przejście do przeszłości po prostu jest. Nazywa je króliczą norą i ani myśli przez całą powieść zdradzić cokolwiek na temat jej powstania. Skupia się nie tyle na fantastycznej otoczce owego zjawiska, co na potencjalnych konsekwencjach, dość przyziemnych, jej istnienia.

Książka jest mega długa, jak to bywa u Kinga. Fabuła przebiega dość nierówno i momentami można odnieść wrażenie, że King zapętlił się w swojej historii i nie wie do końca dokąd ona zmierza. Najmniej potrzebny wydał mi się wątek Derry, miasteczka znanego z powieści “It”. Poświęca mu sporo czasu, ale moim zdaniem nie wnosi ono wiele do wątku przewodniego.

Mamy tu też sporo wątków obyczajowych, rzec można romantycznych nawet, bowiem nasz podróżnik w czasie czekając na sądną datę poznaje miłość swojego życia, w osobie skromnej bibliotekarki, Sadie. Wątek Sadie jest już ciekawszy (miotła O_O) i nie można mu odmówić istotności.

Niewiele w tym wszystkim jednak horroru. Jest to bardziej powieść obyczajowa z wątkami sci-fi. Długo nosiłam się zamiarem jej przeczytania, ale jak się okazało, będzie ona raczej daleko w czołówce moich ulubionych utworów Kinga. Nie to, żeby mi się nie podobała, była okej, ale tylko okej.

Z uwagi na to, że nie należę do grona pasjonatów teorii spiskowych, ani w ogóle historii Ameryki, cała sprawa z zamachem na prezydenta była dla mnie pełna nowości. King bardzo ciekawie przedstawił sylwetkę zamachowca, jak zawsze dając popis solidnej psychologii postaci.

Reasumując, książka solidna, ale nie porywająca.

Moja ocena: 7/10

I don’t want to be buried in a pet cemetery

Pet Sematary/ Smętarz dla zwierzaków (2019)

Doktor Louis Creed wraz z żoną, dwójką dzieci i kotem przeprowadza się do malowniczego Ludlow, małego miasteczka w Maine z dala od spraw mogących odciągać go od rodziny.

Już pierwszego dnia w nowej pracy spotyka go mrożący krew w żyłach incydent, a dalsze wydarzenia tylko potwierdzają, że rodzina znalazła się z dala od wymarzonej sielanki.

Kolejnym smutnym zdarzeniem okazuje się być śmierć ukochanego kota córki Ellie , Churcha. Za radą sąsiada, Juda, mężczyzna urządza kotu pochówek na mrocznej ziemi należącej do Indian z plemienia Micmaców i zataja fakt śmierci zwierzaka przed córką. Nazajutrz z nie małym zdziwieniem odkrywa, że kot wrócił do domu. Jak najbardziej żywy.

Jako fanka “Smętarza dla zwierzaków”, szczególnie jego literackiej wersji pióra Kinga, nie mogłam sobie odpuścić jego najnowszej odsłony.  Jeśli pamiętacie wpis dotyczący pospołu książki i jej pierwszej filmowej adaptacji z 1989 roku, wiecie, że rozpływałam się głównie nad książką. Nie przypadkowo, bo film szczególnie mnie nie zachwycił. Nowa wersja utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że można to było zrobić lepiej.

I tu, moi drodzy, mam świadomość, że znajduję się w mniejszości, bo już zapoznałam się z częścią komentarzy widzów, głoszących, że starsza wersja filmu podobała im się bardziej.

Jeśli o mnie chodzi to żałuję tylko wejściówki, powolnego przejazdu kamery po smętarzysku zwierząt i wypowiadanych cienkimi dziecięcymi głosikami opowieści o pochowanych tam zwierzętach, która to była obecna w filmie z ’89. To chwytało za serce. Co do całej reszty, moim skromnym zdaniem, a nie mówię tego często remake/readaptacja jest lepsza.

Przede wszystkim współcześni twórcy mieli większe możliwości techniczne, co ma odzwierciedlenie w lepszych efektach, zdjęciach etc. Niestety w mojej ocenie stara wersja mocno się postarzała. Aktorstwo jest na znacznie lepszym poziomie i co najważniejsze dialogi nie są tak spłycone. Z całym szacunkiem dla Pana Kinga, scenariuszy to on pisać nie umie. Jego gawędziarski styl, który doskonale sprawdza się na kartach powieści, nijak współgra z językiem filmu. 

Dużo ciekawiej prezentują się też same postaci głównych bohaterów. Motyw martwej siostry Rachel, nie pojawia się znikąd tylko jest obecny od początku. Bardziej wyraziste wydały mi się też relacje rodzinne, mimo, że całkowicie wycięto motyw teściów- w ekranizacji z ’89 też nie jest przedstawiony tak jak w książce i sprowadza się tylko do szopki na pogrzebie, więc myślę, że dobrze, że go tym razem pominięto zamiast wstawić tylko od oka.

Sam kot, na mój gust, jeden z ważniejszych bohaterów dużo bardziej przykuwa uwagę w nowym filmie. Nie tylko ze względu na ‘charakteryzacje’, a  na większą rolę jaką odgrywa w całej tej historii. Jego “słowa” kierowane do Louisa w książce to mój ulubiony fragment. Tymczasem miałam wrażenie, że jego postać w starym filmie prowadzono dość niekonsekwentnie. Miał tylko prychać i rzucać się na wszystkich.

Wreszcie   rzecz najważniejsza i tu mamy tęgi spoiler. SPOILER: Zarówno w książce jak i w jej pierwszej filmowej wersji na indiańskim cmentarzu w ślad za kotem zostaje pochowany Gage, trzyletni synek Creedów. To on powraca z martwych i to on dokonuje morderstw. O ile czytając książkę mogłam to sobie w ułożyć w głowie po swojemu o tyle w filmie wyglądało to… przekomicznie.

Zmuszenie dziecięcego aktora do zagrania małego zombie – mordercy z pewności nie było łatwe. Jego ekspresja w tych scenach wygląda groteskowo. Myślę, że twórcy nowej wersji filmu mieli tego świadomość. Nie wszystko da się przeskoczyć, dlatego postawili na… Eliie. Ośmiolatka (WOW w remake potrafi czytać, w oryginale, ośmiolatka była jeszcze daleka od tej umiejętności, co kazało mi podejrzewać, ze dzieciak ma jakieś dysfunkcje, albo King znowu infantylizuje;) – która powraca z martwych robi dużo większe wrażenie. Szczególnie z uwagi na jej wcześniejsze zainteresowanie tematem życia po śmierci. Także pod względem budowania dramaturgii całej sytuacji. To na relacji łączącej ją z ojcem bardziej skupia się scenariusz. Widać, że jest córeczką tatusia. W oryginale, tata wsadza ją w samolot i tyle ją widzimy. Obraz przeżyć rodziny po jej śmierci, a później jej powrocie zza grobu bardziej łapie za gardło, niż migawka kilku zdjęć z Gage’m, do której w gruncie rzeczy sprowadzono żałobę w “Smętarzu…” z ’89.

Zaś sama scena śmierci Ellie…  Ojciec pędzący na ratunek synowi, nie mający świadomości, że oto życie jego córki jest tak samo zagrożone… dla mnie bomba. Do tego sama rola Churcha w owej śmierci. Mocna rzecz. KONIEC SPOILERA.

Ostatnia sprawa: finał. Tu będę dyplomatą, bo ani w  jednej ani w drugiej wersji filmu nie przypadł mi do gustu;) Jeśli jednak ktoś wziąłby mnie na tortury i kazał wybrać to skłaniam się jednak do zakończenia ’89. Dlaczego? SPOILER: Trochę nielogiczne wydawało mi się, że w wersji ’89 Louis po raz trzeci popełnia ten sam błąd chowając kolejnego zmarłego na indiańskim cmentarzu. Mogę to jednak zrzucić na traumę graniczącą z obłędem. Natomiast martwi chowający martwych w wersji ’19 to już srogie przegięcie. KONIEC SPOILERA.

Pewnikiem nie znajdę głosów poparcia, ale stawiam na nowy “Smętarz zwierząt.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 8

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

72/100

W skali brutalności:1/10

Morderca z Mercedesa

Mr. Mercedes/ Pan Mercedes – Sezon 1 (2017)

mr mercedes

Emerytowany detektyw David Hodges zamiast cieszyć się zasłużonym odpoczynkiem po latach służby w policji kryminalnej zadręcza się swoją ostatnią nierozwiązaną sprawą. Przed dwoma laty wariat w przebraniu klauna wjechał w tłum ludzi oczekujących na otwarcie targów pracy skradzionym Mercedesem. Zabił szesnaścioro z nich, w tym matkę z niemowlęciem na ręku.

Sprawca nie został złapany, właścicielka skradzionego auta popełniła samobójstwo dręczona wyrzutami sumienia, a detektyw prowadzący sprawę przeszedł na emeryturę i obecnie zapija zawodową porażkę nie mogąc znaleźć sobie miejsca. wtedy otrzymuje pierwszą wiadomość. Jej autor podaje się za mordercę z mercedesa i nie mniej ni więcej rzuca emerytowi wyzwanie: złap mnie jeśli potrafisz.

mr mercedes

Słyszałam wiele dobrego o powieści “Pan Mercedes”, ale jakoś dotąd po nią nie sięgnęłam. Przeczytałam natomiast drugi tom detektywistycznej serii o Davidzie Hodgesie “Znalezione nie kradzione”. Zatem serial był moim pierwszym spotkaniem z tą historią. Spotkaniem bardzo udanym z resztą, o czym mogłam stwierdzić już po pierwszych odcinkach.

Obecnie zakończyła się emisja pierwszego sezonu liczącego sobie dziesięć odcinków. Historia znalazła rozwiązanie, ale wcale nie jest oczywiste, czy w kwestii Pana Mercedesa nic więcej się nie wydarzy. Z resztą już pojawiły się pogłoski o pracach nad sezonem drugim. Jeśli o mnie chodzi jestem za.

Śledzenie losów detektywa Davida Hodgesa odnotowuje jak najbardziej na plus. Serial jest wart uwagi. Bardzo przypadła mi do gustu kreacja głównego bohatera. Wydał mi się dużo bardziej interesujący niż w powieści “Znalezione nie kradzione”. Bredan Gleeson świetny aktor, jakby nie patrzeć wykreował postać, której nie można nie polubić mimo jej oczywistych i bardzo rzucających się w oczy wad. W kontrze mamy antybohatera, którego tożsamość nie jest żadna tajemnicą. Już w pierwszym pilotowym odcinku zobaczymy jego oblicze. Tuż przed napisami końcowymi widzimy niepozornego młodzieńca z niebezpiecznie wytrzeszczonymi oczami.

mr mercedes

Był dla mnie sporą niespodzianką. Mimo, że profil szaleńca mieści się w szeroko pojmowanych ramach, w których umieszcza się wszystkich seryjnych morderców, to jego postać wcale nie wydała mi się banalna.Tu aktorski popis daje Harry Treadaway, którego z pewnością kojarzycie. Jego postać ma siłę i impet, którego często brakuje innym filmowym szaleńcom. Pan Mercedes jest wzorcowy. Poznamy go dość dobrze, przyjrzymy się przyczynom i skutkom. Przyznam, że King się nie patyczkował. Z pewnością wasza uwagę zwróci wątek matki mordercy. Na dalszym planie również jest ciekawie, nie mamy tu bohaterów nijakich. Bardzo polubiłam Holly.

Fabuła skład się na kolejne rundy rozgrywki między emerytowanym detektywem a nieuchwytnym morderca. David musi stawić mu czoła, jednocześnie walcząc z samym sobą. Szanse są nierówne, ale z każdym odcinkiem przekonujemy się, że tradycyjnie: na każdego cwaniaka znajdzie się większy cwaniak. W porównaniu z innym tegorocznym serialem, a podstawie twórczości Kinga, tj. “Mgłą”, “Pan Merecdes” wypada wybitnie;) A tak całkiem serio, mamy tu dobrze zrobiony serial.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Aktorstwo:9

Walory techniczne:8

Oryginalność:6

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

Nie ma zbrodni bez kary

1922 (2017)

1922

Wilfred James, farmer w średnim wieku przeżywa poważny kryzys małżeński. Jego żona Arlette pragnie przenieść się do miasta zabierając ze sobą nastoletniego syna małżonków i spieniężając swoją część ziemi uprawnej. Mężczyzna nie wyobraża sobie takiej wizji przyszłości. Jeśli Arlette sprzeda ziemie zainteresowanym kupcom jego farma będzie teraz sąsiadować z ubojnią, a pola uprawne zaleją świńskie flaki. Obawia się też utraty kontaktu z synem  tego, że ten po przeprowadzce do miasta już nigdy nie przyjmie ojcowskiego spadku. Wilfred jest zdesperowany do tego stopnia, że namawia swojego syna do zamordowania matki. Manipuluje nim na tyle, że chłopak się godzi. Kiedy Wilfred wraz z Henrym podrzynają gardło Arlette jest rok 1922 i wtedy wszytko się zaczyna…

“1922” to kolejna tegoroczna produkcja filmowa zainspirowana twórczością Stephena Kinga. To też kolejny po “Grze Geralda” obraz Netflixa.

Fabuła filmu czerpie z opowiadania zawartego w zbiorze “Czarna bezgwiezdna noc” noszącego tytuł “1922”. Tytuł to oczywiście wskazówka odnośnie czasu akcji, która rozpoczyna się właśnie w roku 1922, gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych, gdzie tradycja nakazuje kochać ziemię, aż po grób – nie ważne już czyj.

Narratorem opowieści, bazującej na uwielbianej przez Kinga retrospekcji jest farmer Wilfred James. Snuje on swoją opowieść w jakimś zapadłym moteliku gdzie sprowadziły go koleje losu i jego własne złe wybory. Wraca pamięcią do 1922 roku, najgorszego roku swojego życia, jak deklaruje, by przywołać wspomnienia o tym jak stracił wszytko.

1922

Film bardzo fajnie oddaje gawędziarski styl Kinga, kształtując scenariusz na wzór przypowieści z morałem.

Właściwa akcja zaczyna się od konfliktu małżonków. Arlette ma wyraźnie inne potrzeby niż mąż i teraz zamierza zacząć je realizować. Pan James widzi to inaczej. Jest przywiązany do ziemi i nie wyobraża sobie życia nigdzie indziej. Mimo iż obraz ich małżeństwa widzimy tylko w wielkim skrócie, to wyraźnie widać, że ich relacja została zdominowana przez gorycz rozczarowania wspólnym życiem. Złe emocje są tak nagromadzone, że Arlette na złość mężowi zamierza sprzedać swoją część ziemi rodzinie zajmującej się ubojem bydła. On zaś posunie się do ostateczności by uniemożliwić jej wcielenie planu w życie. Mężczyźnie udaje się przekonać syna by ten pomógł mu w zamordowaniu matki. Oczywiście zdarzenie to staje się punktem, w którym młody chłopak zacznie oddalać się od ojca.

Jeśli w tym miejscu sądzicie, że Wilfred James jest archetypicznym antybohaterem, bezwzględnym okrutnikiem to się mylicie. Poznamy go jako inteligentnego, wrażliwego człowieka którego postawiono pod ścianą. Nie jest wiejskim chłopkiem roztropkiem, na którego można najwyżej pogardliwie splunąć. Mnie jego postać bardzo zaciekawiła, bo jest niejednoznaczna i złożona. Jest generalnie siłą tej opowieści.

Jak wspomniałam rok zamordowania żony to dopiero początek tej historii. Od chwili gdy zwłoki Arlette James spoczną w studni na terenie gospodarstwa na farmie i jej mieszkańcach zaczyna ciążyć klątwa. Znajdzie się tu spora przestrzeń na zjawiska niewytłumaczalne, które skutecznie przekuto na wizualne wrażenia typowe dla gatunku grozy. Jednak pamiętajcie że jest to opowieść, która zrodziła się w głowie Kinga, a głównym źródłem strachu w jego twórczości wcale nie są zjawiska nadnaturalne tylko ludzie i ich czyny. Sprawne sportretowanie ludzkiego dramatu to główna siła napędowa tego filmu.

1922

W moim przekonaniu ta ekranizacja diabelnie się udała. Nie tylko jako horror, jako film generalnie. Twórcy, który mimo iż nie miał wielkiego doświadczenia udało się zaangażować wprawnych aktorów i ekipę która zadbała o doskonałe wrażenia wizualne. Nie wiem tylko co powiedzą fani wersji oryginalnej, czy wszytko się zgadza? No, nie wszytko. Ja skupiając się na efekcie finalnym stwierdzam, dobra rzecz.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

Dzieci, które nie lubią klaunów

It/ To (1990)

to

Grupa siedmiorga przyjaciół wychowana w małym miasteczku Derry w Mine powraca w rodzinne strony po trzydziestu latach na zaproszenie jednego z nich.

Ich spotkanie nie ma jednak charakteru towarzyskiego. Wszyscy wrócili tu zobowiązani przysięgą złożoną w dzieciństwie. Lata temu zmierzyli się z demoniczną siłą pod postacią klauna Pennywise’a, który zabijał dzieci i niewiele brakowało by zabił także ich. Teraz “To” wrócił i znowu zbiera żniwa. Przyjaciele z lat szczenięcych obiecali sobie, że jeśli kiedykolwiek “To” powróci, oni ponownie się z nim zmierzą.

W ubiegłym miesiącu światło dzienne ujrzała nowa ekranizacja powieści Stephena Kinga “To”, której to recenzje zdołałam niedawno zmajstrować. Z uwagi na dyskusję, na temat różnic i podobieństw fabularnych pomiędzy readaptacją, a pierwszą ekranizacją z lat ’90, która wywiązała się na fanpage postanowiłam, że wypadałoby napisać też o wersji pierwszej i rozwiać własne wątpliwości.

Pamiętacie, że zadeklarowałam iż starsza wersja filmu bardziej kojarzyła mi się z kinem przygodowym, że jest ‘słodsza’ niż readaptacja, bo tak ją zapamiętałam, gdy oglądałam film lata temu. Lata temu nie znaczy w dzieciństwie. Gdybym obejrzała “It” ’90 za szczeniaka może podzielałabym sentyment wielu widzów, których dziecięcą wyobraźnią zawładnął klaun Pennywise.

Mówiąc całkiem szczerze i bez ogródek, nie jestem fanką miniserialu “IT”. Odświeżyłam film, by sprawdzić, potwierdzić, lub obalić zapamiętane wrażenia.

Wrażenia są takie same.

W przeciwieństwie do readaptacji, która będzie podzielona na dwie części- wydarzenia z lat ’80 i czasy współczesne, w miniserialu przeszłość i teraźniejszość miesza się. Poznajemy naszych bohaterów w wersji 30+, ale też wracamy do ich wspomnień z dzieciństwa. Wspomnień nieciekawych, ale osłodzonych cudem prawdziwej przyjaźni.

to

Nadal uważam, że wątki dramatyczne związane z trudami dorastania zostały lepiej ukazane w remake. Ba, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dzieciaki z remake są starsze niż w wersji miniserialu. Ich problemy też zostały ukazane bardziej dosadnie. Pisałam, że nie zapamiętałam z wersji ’90 paru mocniejszych motywów SPOILER AD. REMAKE: Faktu, że Beverly była napastowana seksualnie przez ojca, a inny z małych bohaterów był ofiarą nadopiekuńczości matki, która to wmawiała mu chorobę by odizolować go od świata zewnętrznego. KONIEC SPOILERA I nie dziwne że nie zapamiętałam, bo w pierwszej wersji te wątki zostały potraktowane inaczej. SPOILER: Eddie faktycznie był maimsynkiem, ale nie było mowy o wymyślonych przez matkę chorobach, jedynie o jego hipochondrii. A Beverly dostawała od ojca oklep ale nie zaglądał jej do majtek. KONIEC SPOILERA. Kiedy już ta sporna wersja została rozstrzygnięta mogę przejść do bardziej ogólnych wrażeń.

Zacznę od plusów: Postać klauna. Jest w zasadzie równie dobra w jednej i drugiej wersji, ale jeśli mam się skłonić, do którejś z nich, stawiam na starego Pennywise’a. Uważam, że jego kwestie w miniserialu są jednak lepiej rozpisane.

to

Jak wspomniałam w miniserialu teraźniejszość i przeszłość mieszają się. O ile wątki związane z dorosłymi egzemplarzami naszych bohaterów wydawały mi się niezmiernie chujowe, to retrospekcje ratowały sprawę. Ciężko mi sobie bowiem wyobrazić, że blisko czterdziestoletni chłop drży przed klaunem. Ciekawa jestem jak rozwiążą sprawę w sequelu nowego “IT”.

Niektóre efekty, nawet jak na produkcję dla TV wypadały dobrze, chociażby scena w toalecie domu Beverly.

Z plusów chyba będzie na tyle.

Jako pierwszy sztandarowy minus uważam aktorstwo. Szczególnie odtwórcy ról dorosłych bohaterów wypadali w moich oczach nienaturalnie. Najbardziej kół mnie w oczy Richard Thomas z niezdarnie doczepionym kucykiem. Sztywny jak twarz Donatelli Versace i w swoim lęku kompletnie nieprzekonujący. Wszyscy grają z nienaturalną emfazą, która bardzo mnie irytowała.

to

Jeśli chodzi o dzieciarnie, jest lepiej, ale nie w każdym przypadku- mała Beverly…hym… Porównując ich z dziecięcą obsadą ze znacznie starszego “Stań przy mnie” wypadają bardzo bladziutko. Wielkich talentów to ten film nie zgromadził niestety.

Sceny, że tak powiem, straszne, straszne nie są, a i tek jest ich niewiele. Większość czasu, to wspólne jazdy na rowerze, zabawy nad rzeką, trzymanie się za ręce i wypowiadanie patetycznych deklaracji.

Nadal uważam, że to nie najlepszy film.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:7

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

Kajdany

Gerald’s Game/ Gra Geralda (2017)

gra geralda

Jessie i jej mąż Gerald wybierają się do domu letniskowego na weekend by popracować nad swoją relacją. Szczególną uwagę zamierzają poświęcić sferze seksualnej. W ramach łóżkowe zabawy Gerald przykuwa swoją żonę do łóżka przy pomocy prawdziwych kajdanek. Po zaaplikowaniu sobie niebieskiej pigułki Gerald przechodzi do akcji. Jess nie podoba się ta zabawa, dochodzi do sprzeczki, a Gerald pada martwy pokonany przez atak serca, nie zdążywszy rozkuć żony…

Jak wspomniałam na fanpage bloga na facebooku przy okazji jednego z ostatnich postów ‘nierecenzyjnych,’ rok 2017 zdecydowanie jest rokiem Stephena Kinga. “Gra Geralda” jest bowiem kolejną powstałą w tym roku ekranizacją jego twórczości.

Jest to obraz stworzony w oparciu o pełnometrażową powieść pisarza, która swoją drogą od dłuższego czasu zalega na mojej półce. Podobnie jak w przypadku chociażby “Dolores Claiborne” skupia się na kobiecej bohaterce walczącej o przetrwanie. Punktów stycznych z opowieścią Dolores Claiborne jest zresztą więcej – obejrzycie, będziecie wiedzieć co mam na myśli.

Mimo, że nie miałam okazji przeczytać “Gra Geralda” seans z filmem utwierdził mnie w przekonaniu, że Mike Flanagan nie miał łatwego zadania przenosząc ją na ekran. Budowanie scenariusza w oparciu o powieść w dużej mierze składającej się z wewnętrznych monologów bohaterki, dyskusji prowadzonych z halucynacjami i rozlicznych retrospekcji to nie lada wyzwanie, jednak reżyser “Olultusa” wybrnął z tej sytuacji z dużą gracją.

Właściwa akcja filmu rozpoczyna się z chwilą śmierci Geralda. Przez kilka godzin kobieta jest sama, unieruchomiona, obok trupa męża. Na domiar złego, do domu wkrada się pies przybłęda, który zwęszył okazję do pożywienia się. Kiedy bezpański owczarek zaczyna nadgryzać Geralda Jesse nie wytrzymuje i ‘odpływa’. Tu zaczynają się halucynacje.

gra geralda

Martwy Gerald ‘ożywa’, choć jego zwłoki dalej leżą u podnóża łóżka i rozpoczyna rozmowę z żoną. Wkrótce pojawi się też druga Jess, z którą skuta kobieta też prowadzi rozmowę. Można to sprowadzić do symboliki aniołka i diabełka na ramieniu, jednak trafniejszym stwierdzeniem byłby rozłam osobowości Jess na wewnętrzny głos dopingujący ją w przetrwaniu, silna Jess, i przedstawiona pod postacią męża słaba część kobiety, chcąca się poddać, nie widząca ratunku. Wypada to bardzo ciekawie i oglądając film aż żałowałam, że nie przeczytałam książki, bo zakładam, że w niej wszytko zostało bardziej rozbudowane.

Nie zapominajmy o retrospekcjach. Złych wspomnieniach nawracających falą do naszej nieszczęsnej protagonistki. Ma kobieta co wspominać. Retrospekcje pozwalają nam lepiej zrozumieć jej postać.

gra geralda

Fabuła składa się więc na proces desperackiej walki o przetrwanie, która wykańcza nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie naszą bohaterkę.

O dziwo znalazło się tu miejsce dla scen stricte horrorowych, ze złowrogą postacią wyłaniającą się z mroku i jak to bywa u Flanagana są bardzo udane. Choć nie powiem by ostateczne wyjaśnienie kwestii ‘księżycowego człowieka’ nie zaleciało mi tandetą – no cóż ideałów nie ma.

“Gra Geralda” jest produkcją Netflixa, ale moim zdaniem spokojnie kwalifikowała by się na duży ekran. Technicznie wypada bardzo dobrze, od aktorstwa po montaż wszytko gra.

Myślę, że zadowoli potencjalnych widzów, przynajmniej tych, którzy nie znają oryginalnej literackiej wersji, bo z ortodoksyjni fani prozy Kinga mogą nie przetrawić zmian względem książki, a te jak zakładam musiały się tu pojawić.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

68/100

W skali brutalności:2/10

Idź za czerwonym balonem

It/ To (2017)

it

W niewielkim miasteczku Derry w stanie Mine znikają dzieci. Jednym z nich jest Georgie, młodszy brat Billyego. Chłopiec nie zamierza odpuścić poszukiwania brata, którego zdaje się wszyscy już spisali na straty i wyrusza z misją ratunkową. Intuicja podpowiada mu by sprawdzić miejscowe akweny wodne i to jest strzał w dziesiątkę, bowiem zło odpowiedzialne za niewyjaśnione zaginięcia najmłodszych obywateli Derry gnieździ się w kanałach pod miastem.

Miejsce odpływu kanału Billy bada w asyście trzech kolegów, jednak szeregi poszukiwaczy prawdy zwiększają się o kilkoro innych miejscowych dzieciaków. Wszyscy oni mają swoje lęki, które ukazują swoje oblicze z pomocą niewesołego klauna z czerwonym balonikiem.

it

Kiedy zapowiadany jest remake kolejnego klasycznego horroru nie wiadomo, czy się cieszyć, czy załamywać ręce. Istnieją obrazy, których nowe wersje są potrzebne jak dziura w moście, bo wcale się nie zestarzały – tu najlepszym przykładem wydaje mi się “Koszmar z ulicy wiązów”.

Nie miałam wielkiego problemu z “To”, bo pierwsza ekranizacja powieści Kinga, ekranizacja dla TV niemożebnie długa, technicznie mocno już stara i fabularnie za bardzo uderzająca w rejony kina familijnego nie jest moim faworytem jeśli idzie o klasykę horroru.

Książki nie czytałam, więc nie wiem czy trzyma się jej wiernie, czy też nie. Nie mniej jednak oglądając film wieki temu zauważyłam duży potencjał w postaci Pennywise’a, czyli naszego klauna. King potrafi tworzyć bardzo sentymentalne opowieści o grozach dzieciństwa (“Ciało”), więc przez moment pomyślało mi się nawet, że ten remake może być niegłupim pomysłem. Pojawiła się jednak obawa, jak z telewizyjnego miniserialu, ewentualnie tak opasłego dzieła literackiego, można zrobić dobry horror mieszczący się w czasowych ramach filmu kinowego?

Tu pomysłodawcy dobrze wybrnęli, bo podzielili “To” na dwie części. Część pierwsza, czyli ta obecnie goszcząca na kinowych afiszach, skupia się na dziecięcych bohaterach, żyjących w latach ’80 XX wieku, bez kontynuacji ich losów w dorosłości, gdy to powracają do Derry. Domyślam się, że tę właśnie historię zobaczymy w sequelu.

it

Film stara się więc czarować duchem lat ’80 wykorzystując stosowną dla tamtych czasów estetykę. Ten chwyt sprawdził się doskonale w “Stranger things” i sprawdza się i tu. Scenariusz jest zdecydowanie mniej słodki niż w starszej wersji, a problemy z jakimi zmagają się młodzi bohaterzy są bardziej hardcorowe, więc wszelkie wątki obyczajowe odnotowuję na plus.

To co właściwe horrorowi to już klasyczne chwyty współczesnego kina grozy, czyli sceny nastawione na gwałtowny wzrost napięcia i wywołanie strachu. Nie wychodzi to źle, nie wychodzi też rewelacyjnie. W wielu scenach zabrakło uprzedniego zbudowania napięcia, co udało się naprawdę dobrze jedynie w scenie otwierającej, z udziałem małego Georgiego. Strasznego klauna mocno podrasowano i powiem, że dość mi typek przypadł do gustu. Dobrze spisują się też młodzi aktorzy, sól ziemi Derry.

Całość ogólnie na plus.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

66/100

W skali brutalności:1/10

Tajemna elektyrczność

Przebudzenie – Stephen King

przebudzenie

Jamie Morton po raz pierwszy spotyka Charlesa Daniela Jackobsa jako sześcioletni chłopiec, mieszkający w idyllicznym małym miasteczku, w latach 60 XX wieku. Wówczas wielebny Jackobs staje się dla chłopca kimś w rodzaju duchowego przewodniku, który zasiewa w dziecięcym serduszku ziarno niepokoju wobec kategorycznych ‘rzeczy statecznych’.

Spotykają się ponownie po latach, raz za razem, a ich spotkania obfitują w kolejne dylematy. Aż do schyłku czasu, w którym tajemnice przestają być tajemnicami.

“Przebudzenie”, stosunkowo nowa powieść Kinga, musiała swoje odczekać nim się za nią wzięłam. Nie dlatego, że mam jakieś zastrzeżenia do ‘nowych kingów’, ot po prostu od dłuższego czasu bardziej zajmuje mnie klasyka horroru niż dzieła współczesne.

Doskonale się złożyło, bo jak przyznaje sam King “Przebudzenie” ma stanowić niejaki hołd dla klasycznych twórców horroru, którzy inspirowali jego twórczość przez lata.

Jest to mocno wyczuwalne, ale podejrzewam, że nawet Ci nie znający wymienionych w kingowskiej przedmowie autorów odnajdą coś dla siebie w “Przebudzeniu”.

“Przebudzenie” mimo licznych nawiązań jest w sumie bardzo kingowskie. Duża przestrzeń tekstu została poświęcona typowo gawędziarskim zabiegom. Mamy tu małe miasteczko nieopodal Castel Rock z “Ciała“, obraz idyllicznego społeczeństwa, pierwsze przyjaźnie, pierwsze miłości, odkrywanie talentów i powołania. W tym wszystkim pojawia się w końcu ktoś kogo wyznaczono na antybohatera. Jest nim wielebny Jackobs, który przybywa do Harlow i tu poznaje narratora powieści, Jaime’iego Mortona.

Podobnie jak w opowiadaniach Lovecrafta narrator wcale nie jest głównym bohaterem. Charakterystyka Jaime’iego mimo pierwszoosobowej narracji z jego perspektywy wypada bardzo biednie w porównaniu z literackim portretem Jackobsa.

Można tu uznać za Kingowskie potknięcie, albo za zabieg celowy. U Lovecrafta, o którym King wspomina w przedmowie jako jednym z autorów inspirujących, nagminnie bohater-narrator złożony zostaje w ofierze antybohaterowi, na którym skupia się cała uwaga czytelnika.

Jackobs w powieści Kinga jest typem alchemika, szalonego naukowca, pragnącego poznać niepoznane. Im bliżej końca opowieści tym silnie kojarzy się ona z twórczością samotnika z Providence. Jaime’ie jest jak ten biedny, uwikłany nieszczęśnik, rozdarty miedzy ciekawością, a strachem.

Jamie spotyka Jackobsa na różnych etapach swojego życia z trwogą obserwując metamorfozy jakie przechodzi Jackobs. Kolejne tożsamości, a żadna z nich nie jest do końca poznana. Z jednej strony jest Jaime’e jego dłużnikiem, winnym przyjaźń i zaufanie, z drugiej jest ofiarą jego obsesji.

O ile w początkowej partii książki elementów horroru jest niewiele o tyle stopniowo rosną one w miarę rozwoju tej historii, aż do iście piekielnej wizji.

Tak, jest to dobra książka. Głównie za sprawą jej antybohatera, bardzo trudnego do oceny. Wieść niesie, że zaczęły się już przymiarki do ekranizacji i daj boże by była lepsza od ostatniego Kinga na ekranie, czyli “Komórki”.

Moja ocena: 8/10