Archiwa tagu: survival horror

Pod ziemią

Cutterhead/ Głowica (2018)

Rodowita Dunka Rie, jako specjalistka od PR wyrusza na plac budowy metra by zrealizować materiał o codziennej pracy ludzi z różnych zakątków świata jednoczących siły w budowaniu lepszej europejskiej rzeczywistości. Na miejscu poznaje między innymi Chorwata Ivo i pochodzącego z Erytrei Bharana, pracującego w środku głowicy Maszyny drążącej TBM. Podczas gdy kobieta wypełnia swoją misję z lekceważeniem odnosząc się do kwestii bezpieczeństwa dochodzi do awarii, wybucha pożar  a  Rie, Ivo oraz Bharan zostają uwięzieni w komorze ciśnieniowej głowicy.

Aj, jak ja lubię takie filmy. Bohaterowie uwięzieni w hermetycznym zamknięciu pośród szalejącego dokoła zagrożenia. Niepewni o swój los.

A jeśli wszyscy zginęli i nikt ich nie uratuje? Co jeśli coś spieprzy się jeszcze bardziej i bezpieczny schron stanie się pułapką bez wyjścia? Co gdy zapadnie ciemność? Co gdy skończy się tlen?

Wszystko to, punkt po punkcie rozgrywa się na oczach widza. Dodajcie do tego jeszcze problemy z równowagą ciśnienia i obowiązkowy psychiczny odpał napędzany rosnącą paniką. Z każdego coś wylezie i nie będzie to nic dobrego. Próba sił, próba człowieczeństwa.

Takie filmy potrafią wystraszyć jak skurwysyn, bez potrzeby użycia drogich efektów, bez wyraźnego antagonisty, którego można obarczyć całą winą, a jego wyeliminowanie doprowadzi do happy endu. Wystarczy seria niefortunnych zdarzeń i wszyscy jesteśmy w dupie.

Duńska produkcja w reżyserii Rasmus Kloster Bro dodatkowo poraża naturalizmem. Wydarzenia, którym tu świadkujemy nie rozgrywają się w hollywoodzkim studiu. Mamy prawdziwy plac budowy, prawdziwą głowicę. Nawet największy budżet nie zastąpi realizmu prawdziwego planu zdjęciowego.

Zdjęcia mogą nieco trącić amatorką, kamera nie zawsze jest stabilna, kąt nie zawsze czysty, ale ja to odbieram na plus i doceniam operatora, który jakość złamał się w tym klaustrofobicznym wnętrzu. A dźwięk? Dźwięk jest jednym z najsilniejszych nośników grozy w tym filmie. Małe wnętrze aż od niego dudni. Kiedy wzrasta ciśnienie, a Rie desperacko walczy o jego obniżenie możemy odnieść wrażenie, że to nasze własne bębenki zaraz ulegną zniszczeniu.

Co do obsady to cały komplet trzech aktorów wszedł w temat po pas po szyje. Czułam prawdziwe emocje, strach, rozpacz, desperację. Zgon jednego z nich autentycznie przyprawił mnie o smutek. I mówię to pomimo tego, że charaktery naszych postaci są łatwe do odgadnięcia, stereotypowe wręcz. Nie przeszkadzało mi. Nic mi w tym filmie nie przeszkadzało, wszystko się podobało. Polecam.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

72/100

W skali brutalności: 2/10

Podwodny berek

47 Meters Down: Uncaged/ Podwodna pułapka: Labirynt śmierci (2019)

Nastoletnia Mia, jej przyszywana siostra Sasha i dwie koleżanki odkrywają zatoczkę, z której mogą dostać się do zatopionego starożytnego miasta. Wystarczy trochę zanurkować… Dziewczyny zgarniają sprzęt przeznaczony dla zawodowców mających zbadać zbadać znalezisko i schodzą pod wodę gdzie rozciąga się podwodny labirynt. Niestety zatopione miasto ma swoich lokatorów i nie chodzi wcale o starożytne duchy, ale o kilka rekinów.

Jak to bywa z sequelami niezłych filmów, większość widzów się na to łapie. Ja dałam się złowić, zwłaszcza, że za kolejną odsłonę  „47 meters down” odpowiadają ci sami twórcy. W takich przypadkach istnieje nadzieja na podtrzymanie poziomu oryginału bardziej niż wówczas, gdy dochodzi do sytuacji, że twórcy wcale nie mają chęci na kontynuowanie wątku, a pomysł chwyta ktoś kto chce po prostu zarobić.

Wątek dwóch uwięzionych pod wodą dziewcząt, które poznaliśmy w 2016 roku w przypadku sequelu został podkręcony. Tam mieliśmy dwie bohaterki, tu mamy cztery.  Tam mieliśmy jednego żarłacza białego, tu kilka rekinów. Tam dziewczyny były uwięzione na bardzo niewielkiej, zamkniętej  przestrzeni, tu mają do dyspozycji cały tytułowy labirynt, po którym mogą się ganiać z rekinami. Czeka też na nie więcej niebezpieczeństw, więc kwestia ograniczonych zapasów tlenu, które była największym zmartwieniem w oryginalne, schodzi na dalszy plan. Może tlenu też mają pod dostatkiem?

Z tego wynika, że wszystkiego jest więcej i wszystko jest bardziej. Emocje towarzyszące obserwacji podwodnego survivalu też powinny być większe, bo i nastoletnie bohaterki są bardziej skłonne do paniki.

Niestety. O ile w pierwszej „Podwodnej pułapce”, coś jednak zobaczyłam, o tyle w przypadku kontynuacji kompletnie nic. Chyba zostałam sensorycznie zbombardowana przez ten cały nadmiar, bo innego wytłumaczenia nie widzę.

Mogłabym powiedzieć, że druga część jest mniej prawdopodobna od jedynki, ale kto się dopatruje w tego typu filmach realizmu? No, nie ja. W każdym razie jedyną rozrywką dla mnie w czasie seansu było odgadywanie dalszych kroków scenarzysty. „No, a teraz ojciec ginie”, „Azjatka nie żyje, to teraz musi odnaleźć się siostra”. Dobrze, że chociaż miałam do kogo pokomentować, bo tak to fiasko całkowite. Mamy wartką akcję, nie powiem, że nie, ale całkowicie przewidywalną przez co nie można mówić o napięciu jakie powinna przecież wzbudzać obserwacja czyjejś walki o przetrwanie. Technicznie jest nieźle, jest ładnie, ale to wszytko co jestem skłonna pochwalić.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

46/100

W skali brutalności: 2/10

Agorafobia i dziewczyna

Big Sky (2015)

Hazel cierpi na agorafobię. Jej życie rozgrywa się na ograniczonej przestrzeni własnego pokoju do czasu, gdy ojciec dziewczyny postanawia wysłać ją na leczenie do specjalistycznego ośrodka. Pod groźbą braku środków do życia Hazel wyrusza w podróż.

Jest przewożona w specjalnym schowku busa gdyż jej lęk jest zbyt duży by mogła podróżować normalnie. Ta kryjówka ratuje jej życie w momencie, gdy dwóch zamaskowanych sprawców napada na samochód i zabija większość pasażerów.

Hazel musi przejść dziesięć kilometrów na otwartej przestrzeni by otrzymać pomoc dla siebie i rannej matki pozostawionej na miejscu zdarzenia.

Czyż nie sądzicie, że z samego opisu film zapowiada się całkiem ciekawie? Mmmm, też się dałam zwieść obietnicy dobrego survivalu okraszonego wątkiem psychicznej przypadłości czyniącej spacer przez pustynie jeszcze trudniejszym.

Niestety. Może Bella Thorne- odtwórczyni głównej roli – jest jakaś przeklęta? Oglądałam parę horrorów z jej udziałem i średni to najlepsza ocena jaką mogłabym przyznać któremukolwiek z nich. Aktorka o urodzie gwiazdy porno – ktoś tak napisał na FW i mi się spodobało, choć nie znam się na urodzie gwiazd porno:) – zdecydowanie nie jest najlepszą aktorką, ale nie wydaje mi się, by odpowiadała za marność tej produkcji.

Tak jak wspomniałam, sam pomysł  wydał mi się całkiem smaczny, jednakże to co zaplanował scenarzysta zdusiło potencjał pomysłu w zarodku.

Film jest generalnie niedorzeczny. Nie wiem, czy te niedorzeczności miały rozbawić, czy poświadczyć na rzecz oryginalności filmu, ale dla mnie pozostały tylko niedorzecznościami. Ten koleś od Huxley’a i jego motor? WTF.

Najbardziej jednak ubolewam nad bardzo marnie zaprezentowanym motywie choroby głównej bohaterki. Był bezpłciowy i niekonsekwentny. A i survivalu tu tyle co kot napłakał.

Mamy więc obiecujący pomysł i słaby film.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:4

Klimat:4

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:3

39/100

W skali brutalności:1/10

Przetrwać w ciszy

Silence/ Cisza (2019)

Kiedy Ally w wieku trzynastu lat straciła słuch nie wiedziała, że cisza do której przywykła ona i jej bliscy, oraz zdolność porozumiewania się bez użycia dźwięków będzie tym, co pomoże jej przetrwać.

Nieznany gatunek dziwnego latającego stworzenia, które wyewoluowało w zupełnej izolacji, nieoczekiwanie przypuszcza atak na miasta zmuszając ludzi do ucieczki.

Ojciec Ally szybko spostrzega, że stworzenia są całkowicie ślepe, co daje im pewna szansę na przetrwanie o ile zachowają absolutną ciszę.

„Cisza” Leonettiego („Annabelle„) jest kolejnym po cichym miejscu straszakiem zalecającym absolutne milczenie tym, którzy pragną przetrwać w nowej rzeczywistości i uchronić się przed nowym wrogiem. Nie mogę więc powiedzieć, by film wnosił wiele nowości do świata filmowego horroru, zaskoczył rozwiązaniami fabularnymi, czy skłonił do nowych refleksji.

Nie znaczy to jednak, że będę Wam odradzać seans z nową propozycją od Netflixa. „Cisza” jest produktem całkiem udanym i jeśli tylko nie wymagacie od niej oryginalności, czy odkrywczości ma spore szanse się spodobać.

Na ekranie zobaczymy twarze znanych i lubianych jak Stanley Tucci, Miranda Otto, czy wreszcie nasza główna bohaterka, w którą wciela się bardzo dobrze rokująca Kiernan Shipka.

Dość dynamiczna akcja nie powinna nudzić, a sporo iście dramatycznych momentów (pies!) zaangażuje widza emocjonalnie. Pewne rozczarowanie może wywołać wygląd antybohaterów- nader mocno przypominają stworzenia z „Mgły” na podstawie opowiadania Kinaga, zaś ich pochodzenie mocno kalkuje „Zejście„. Nic to jednak jeśli skupimy się pozytywach. Tych jest sporo, przede wszystkim jak wspomniałam duża dawka dramatycznych sytuacji. Jeśli zaś chodzi o walory stricte horrorowe… no cóż. Nie maiłam wiele okazji żeby się przestraszyć, ale straszność nadrobiona jest napięciem, więc generalnie nie jest źle.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 2/10

 

Uciekaj dziewczynko

Rust Creek (2018)

Savyer wkrótce kończy studia. Gdy zostaje zaproszona na rozmowę o pracę do odległego Waszyngtonu, bez chwili wahania wsiada do auta i rusza w drogę. Niestety nawigacja wyprowadza ją w pole. Młoda kobieta gubi drogę. Zatrzymując się pośród lasów wpada w oko dwóm miejscowym oprychom, którzy w nachalny sposób próbują namówić ją na wspólną zabawę. Gdy do głosu dochodzą argumenty siłowe ranna Saver jest zmuszona do ucieczki przed siebie, bez planu i bez większych szans na ratunek.

Mówi się, że filmy grozy są dla chłopców. Większość stron o tej tematyce prowadzą faceci, większość twórców, pisarzy, czy tym bardziej reżyserów to faceci. „Rust Creek” Jean McGrowan w hollywoodzkim świecie został obwołany horrorem feministycznym, rzeczą bardzo potrzebną. By podkreślić ów feministyczny wymiar przedsięwzięcia do produkcji zostały zatrudnione głównie kobiety. Jak więc wypada ten typowo kobiecy głos w męskim świecie?

Moim zdaniem wypada bardzo dobrze. I nie koniecznie ze względu na swój feministyczny wydźwięk.Jest po prostu dobrym survivalem ze sporą domieszką thrillera.

Nasza bohaterka, silna i niezależną, siłę kształtuje uprawiając sport, niezależność podkreśla udając się w długą podróż bez informowania kogokolwiek o tym fakcie. Swój los zawierza google maps i nieoczekiwanie ląduje w dupie. Kto nie przeklął w swoim życiu janosika nie pierwszy rzuci kamień. Na jej drodze staje dwóch szemranych typów, którzy ewidentnie chcą z nią zagrać w trójpolówkę. Dziewczę niechętne, więc zapomnijmy o tysiącleciach ewolucji: za włosy i do jaskini. Savyer udaje się uciec, ale instynkt łowiecki samców daje o sobie znać. Żeby nie było, że polują na nią tylko dla zaspokojenia chuci, na plan wkracza wątek kryminalny związany z narkotykami. Jest to wątek dość istotny dla sprawy i powoli zacznie się rozwijać.

Kogo jeszcze spotka Kapturek w stumilowym lesie nie zdradzę, ale mogę Wam powiedzieć, że akcja praktycznie nie zwalnia tempa i z pewnością zaangażuje przynajmniej większość z Was.

Całość przypadła mi do gustu choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że niektóre wątki zostały tu umieszczone tylko po to by podkreślić babskość tego filmu. SPOILER: Narodziny uczucia pomiędzy samotnym wilkiem a kapturkiem. Miłość zrodzona w minifabryczce mefy. KONIEC SPOILERA. Myślę, że film ma szansę zaspokoić apetyty miłośników horrorów survivalowych, ale także thrillerów, więc polecam ze spokojem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

68/100

W skali brutalności: 2/10

Co Cię utrzyma przy życiu

What Keeps You Alive/ Zabij i żyj (2018)

zabij i żyj

Jackie i jej żona Jules mają zamiar świętować pierwszą rocznicę ślubu w domu nad jeziorem należącym do tej pierwszej. Romantyczne okoliczności przyrody skłaniają Jules do miłosnych uniesień, jednak jej partnerka ma zupełnie inny plan na ten wyjazd. Wyjście na jaw pewnych nieprzyjemnych faktów dotyczącym przeszłości Jackie tylko przyspieszają jej decyzję o pozbyciu się żony.

„Zabij i żyj” to autorski projekt znanego jako współtwórca „Grave encounters” Colina Minihana. Jednak w przeciwieństwie do wspomnianego filmu, który przecież zyskał nie małą popularność tym razem reżyser wybrał inną ścieżkę. Leśną ścieżkę można rzec. A gdzie las, tam zwykle survival. Miłośnicy tego typu produkcji już pewnie zacierają ręce, ale muszę ostudzić Wasze zapędy.

Osobiście najbardziej cenie survivale, gdzie głównym antagonistą jest przyroda. To z nią protagoniści mają walczyć o przetrwanie. W przypadku „Zabij i żyj” wyraźnie przybija tu nuta thrillera z pojebaną ‚z natury’ antybohaterką. Jackie, a raczej Megan, bo tak w rzeczywistości ma na imię rudawa psychopatka postanawia zutylizować swoją żonkę. Robi to bez najmniejszych skrupułów jakby wyrzucała sfilcowany sweter po zimie. Jednak Jules to twarda zawodniczka i nie podda się tak łatwo. Tu się zaczyna właściwa akcja.

zabij i żyj

Odniosłam wrażenie, że twórca nie mógł się zdecydować, czy bardziej chce iść w stronę thrillera psychologicznego pełnego chorych wynurzeń naszej antybohaterki i prób ogarnięcia jej pierdolca przez niedoszłą ofiarę, czy skupić się na wyeksponowaniu walki o przetrwanie, dzikiej i bezwzględnej.

Ta druga nie potrzebuje wiele słów, bardziej idzie o dynamikę wydarzeń. Tymczasem w „Zabij i żyj” mam sporo przystanków na analizę wspomnianego pierdolca, co moim zdaniem nie przysłużyło się wyeksponowaniu walorów survivalu.

Jednakże jak to mówią, jak się nie ma co się lubi to się lubi, co się ma, udało mi się znaleźć sporo plusów w tej produkcji. Bardzo przypadł mi do gustu klimat. Od samego początku nie mamy tu do czynienia ze słonecznymi wakacjami. Na niebie wiszą chmury, powietrze jest duszne, zaraz będzie burza. I jest ale nie ta pogodowa.

Muszę przyznać, że punkt rozpoczęcia właściwej akcji mnie zaskoczył. Wyobraźcie sobie taką scenę: idziecie przez las z partnerem, patrzycie: ooo skarpa i zrzucacie z niej tępego chuja, który w ogóle nie czai, że nastąpiło rozwiązanie Waszego związku. Tak to mniej więcej wyglądało.

zabij i żyj

Duża w tym zasługa wstępnej prezentacji postaci. To Jules wyglądała groźniej. Jej zakochany wzrok wbity w Jackie zalatywał mi mocno Otellem. Mimo, że ofiary zwykle zbytnio nie zajmują mojej uwagi, to właśnie Jules, mimo wszytko wydawała mi się bardziej interesująca. Rola antybohaterki przekonała mnie mniej. Może z powodu słabego modus operandi, czy raczej genezy zbrodni. Jest tyle lepszych powodów do zabicia człowieka, niż…

Co żeby nie strzępić klawiatury po próżnicy: Film całkiem niezły, choć jak wspomniałam, mam inne preferencje ad. survivalu. Podobało mi się zakończenie, więc film pozostawił po sobie dobre wrażenie.

 Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

64/100

W skali brutalności: 3/10

Pocałunek Czarnej Mamby

Wąż/ Serpent (2017)

serpnt

Gwynn postanawia towarzyszyć mężowi, Adamowi w czasie weekendowej wyprawy badawczej. Kobieta pragnie uciszyć wyrzuty sumienia po niedawnej zdradzie, jednak okaże się, że wypad nie będzie ani kojący dla ich związku, ani romantyczny. Gdy nocą Gwynn opuszcza namiot by ukradkiem pousuwać esemesy od kochasia wpuszcza do jego wnętrza węża i to nie byle jakiego, bo piękny okaz czarnej mamby, jednego z najbardziej jadowitych węży na świecie.

Boję się węży. Truchleję na widok małego zaskrońca, albo czegoś co opacznie za niego wzięłam. Najstraszniejszym horrorem była dla mnie niezbyt mądra  Anakonda” i nigdy nie zdołałam się zdecydować na seans z ‚hitem’ „Węże w samolocie”;). Ostatecznie jednak z kinem grozy obcuje się o to by się bać, więc w chwilowej, sobotniej niepoczytalności podjęłam decyzję o seansie z „Serpent”.

Wiedziałam, że nawet jeśli film okaże się słaby, w moim przypadku spełni swoje zadanie i zmrozi mi krew w żyłach. I tak też się stało. Film z resztą nie jest wcale zły, albo ja nie potrafię go obiektywnie ocenić, bo czarna mamba przesłoniła mi całą perspektywę:)

serpnt

Lubię filmy survivalowe i jestem miłośniczką przygód, których można nie przeżyć, więc wyprawa Gwynn i jej męża szybko mnie zaangażowała.

W oczekiwaniu na pojawienie się głównego antybohatera macie okazję poznać bliżej naszych protagonistów. O ile Adam może wzbudzić Wasza sympatię to jego zdradziecka żona nie ma na to najmniejszych szans. Nie tylko dlatego, że jest nieuczciwa i niemoralna, jest głupia przede wszystkim, co kilkakrotnie pokaże w czasie trwania ich dzikiej przygody.

Sam wąż ukazuje się niespodziewanie. Tą scenę odnotowuję na plus. Jego dalsze zachowanie może wzbudzić wątpliwości wśród domorosłych przyrodników i z pewnością kilku znawców zachowań węży wniesie brutalny sprzeciw wobec postawy czarnej mamby zaprezentowanej w filmie.

Z tego co niestety wiem o wężach czarna mamba jest jednym z najszybszych i najbardziej agresywnych gatunków. W sytuacji, w której zostaje zamknięta w nagrzanym namiocie przez pół dnia wykazuje tu zadziwiająco niewielkie rozdrażnienie. Jednak umówmy się, horrory z rodzaju animal attack zawsze są naciągane i nie ważne, czy idą w stronę fantastyki czy trzymają się realizmu, twórcy mają tendencję do wypaczania pewnych kwestii na potrzeby scenariusza.

serpnt

Wyobraźmy sobie, że wężysko w filmie jest podręcznikową mambą. Użarła by każde z nich po trzy razy gdy tylko podpełzłaby na tyle blisko by wykonać skok. I co? Byłoby po filmie, w najlepszym wypadku popatrzylibyśmy sobie na agonię, która w przypadku ugryzienia tego węża nie trwa dłużej niż dwadzieścia minut. Zamiast tego mamy pełne napięcia momenty, w których wężysko pełza po naszych bohaterach, łypie na nich bystro, a w oczach ma zło piekielne.

Obawiam się jednak, że dla kogoś kto nie podziela mojego panicznego lęku przed wężami, może się w pewnym momencie się znudzić zwłaszcza, że do głosu dochodzą bardziej przyziemne problemy bohaterów, na jaw wychodzi kwestia zdrady. Jedna ze scen blisko finału może z kolei rozbawić.

SPOILER: Gdy Adam wyrzuca węża ze śpiworem, ten zaczyna go gonić, szamoczą się w wodzie, a Adam topi węża jak indora.:) KONIEC SPOILERA. Oczywiście mnie akurat do śmiechu nie było, bo wiecie, WĄŻ.

Reasumując film w sam raz dla mnie, ale nie zakładam by wszyscy podzielili mój entuzjazm.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:8

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

65/100

W skali brutalności: 2/10

Jesteśmy w lesie

Ritual/ Rytuał (2018)

rytuał

By uczcić pamięć zmarłego przyjaciela, czterech mężczyzn udaje się na samczy treking po szwedzkich górach. Z uwagi na to, że pomysłodawca wypadu zmarł nim doczekał się pozytywnego rozpatrzenia swojej wakacyjnej oferty, kumple spędzają czas na smutno. Szczególnie Luke będący świadkiem śmierci Roberta nie może uciszyć głosu sumienia podpowiadającego mu, że mógł zrobić coś by pomóc kumplowi. Wyrzuty sumienia i konflikty w stadzie z nich wynikające szybko okazują się małym zmartwieniem wobec wyzwań survivalu. Gdy jeden z gości doznaje kontuzji reszta decyduje się na przeprawę przez las by skrócić trasę. 

Po słabym początki roku, który na Netflixie rozpoczął thriller „Open house”, platforma rehabilituje się propozycją horroru, która szybko zjednała sobie sympatię widzów.

„Rytuał” wbrew podejrzeniom, jakie może nasuwać tytuł w żadnym stopniu nie jest horrorem religijnym, tak więc obejdzie się bez księży i recytacji tekstu rytuału rzymskiego, który od nadmiernej ekspozycji w świecie filmowego horroru będzie niebawem popularniejszy od „Ojcze Nasz”:).

Mamy tu raczej horror rozpoczynający się jak klasyczny survival, który w miarę rozwoju akcji przechodzi w rytm nastrojówki, gdzie paranormalne zdarzenia wiążą się z lokalnym, skandynawskim folklorem.

Już od pierwszych ujęć widzimy, że brytyjski twórca ma na swój film pomysł. Wie, jaką historię chce stworzyć i buduje pod nią solidne podwaliny przykuwając uwagę widza dramatycznym otwarciem. Gdy przenosimy się w plener, nikt już nie może mieć wątpliwości co do zdolności operatorskich współtwórców, którzy będą nas uwodzić pięknymi panoramami szwedzkich gór. Wszytko w stosownie mglistej tonacji kolorów i bez zbytków w postaci plastikowych upiększeń.

Wczucie się w klimat i zaangażowanie w historię przychodzi bez trudów. Bohaterzy niby niewyróżniający się, a jednak sympatyczni będą dobrymi przewodnikami po mrokach lasu, do którego skierują swoje kroki, gdy sytuacja wymusi obranie drogi na skrót.

rytuał

rytuał

W lesie jest nie mniej czarownie niż na otwartej przestrzeni, jednak szybko przekonamy się jak błyskawicznie urok przyrody znika. Widok rozprutego i zawieszonego na drzewie pięknego okazu łosia to pierwsza z lepszych stricte horrorowych scen. Twórcy nie patyczkowali się z widzem, więc na tej jednej ekspozycji się nie skończy.

Nie myślcie jednak, że nastrój tajemnicy zdezerterował na rzecz prostych uroków bezrozumnej rąbanki. Owszem znajdą się tu sceny krwawe i nieprzyjemne, ale dużo większe wrażenie robi to, czego nie widać. Nasi bohaterzy zaczyna doświadczać przerażających koszmarów, a przebudzenie  z nich wcale nie będzie przyjemniejsze. Tu muszę pochwalić aktorów, bo nie łatwo jest przekonać widza, by zobaczył śmierć w oczach dorosłych dobrze zbudowanych samców rodzaju ludzkiego. W tej kwestii nawet mistrz suspensu szedł na łatwiznę posługując się białogłowymi trwożącymi się bez trudu i bez umiaru.

Jak wspomniałam pojawia się tu wątek lokalnego folkloru i pewnych wierzeń. Wierzeń w to, co nadnaturalne i powinno zostać niezauważalne. I tak też jest przez większość filmu, jednak w końcu niewyobrażone zło ukarze swoje oblicze i jest to oblicze bardzo zadowalające – jak dla mnie zajechało trochę Lovecraftem, ale bez prostego kalkowania za to z pomysłem, którego wykonawca efektu nie powinien się wstydzić.

Reasumując produkcja na poziomie, do której muszę Was zachęcić, a coby na coś ponarzekać to powiem, że pierwsza polowa filmu lepsza od drugiej:)

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

71/100

W skali brutalności:2/10

Syberiada

Must alpinist/ Widmo z gór (2015)

must alpinist

Grupa estońskich studentów wyrusza w kilkudniową podróż ku Syberyjskim górom celem znalezienia najlepszych okazów nefrytu. W drodze nie obywa się bez problemów. Słabo przygotowani młodzi ludzie i nieprzyjazne okoliczności przyrody to niezbyt fortunne połączenie. W końcu jeden z bohaterów znika bez śladu, a pozostali są zmuszeni szukać pomocy w pobliskiej wiosce.

„Must alpinist” to mój pierwszy estoński horror w historii bloga. Zabrałam się więc do niego z ciekawością. Tak się złożyło, że trafiłam na produkcję debiutanta, pozbawioną profesjonalnego szlifu i ograniczoną niewielkim budżetem. Nie daje mi więc to wiarygodnego obrazu estońskiego kina grozy, bo wiadomo, że niskobudżetówki zwykle mierzy się inną miarą.

Fabuła filmu ma opierać się na autentycznych wydarzeniach z lat osiemdziesiątych kiedy to grupa studentów, głównie geologii, ale trafił się też biolog i studentka medycyny wybrali się na wyprawę badawczo- poszukiwawczą do odległej Syberii. Historię relacjonuje nam jeden z jej uczestników, który wspomina po latach przerażające wydarzenia.

must alpinist

Ile w tym wszystkim prawdy trudno powiedzieć, bo nie udało mi się znaleźć żadnego wiarygodnego źródła. Obstawiałam jednak, że będę mieć tu do czynienia z filmem pokroju „Tragedii na przełęczy dialatowa” i po części tak jest.

Nasi bohaterzy ą kiepsko przygotowani, nie łączą ich więzy przyjaźni, a indywidualne oczekiwania wobec wyprawy różnią się. Dość chaotyczne prowadzenie narracji sprawiło, że nie zdołałam zbyt dobrze przyjrzeć się jej bohaterom nie mogę jednak odmówić kreacjom aktorskim naturalności.

Nie znaczy to jednak, że mogę nazwać ich warsztat dobrym. Nikt chyba szczególnie nie analizował tego, kto ma być kim w tej historii i jaką rolę miał do odegrania. Scenariusz też zdaje się iść na żywioł, bo brakuje tu konsekwencji i jakiegoś logicznego ciągu zdarzeń.

Ten wszechobecny chaos dodaje filmowi absurdalnego wymiaru, co można dodać na plus bo z absurdalną historią mamy tu do czynienia. Bo co tu mamy?

Mamy lokalną legendę o alpiniście, który zaginął i od tej pory powraca jako widmo bez twarzy. Mamy zaginięcie jednego z bohaterów, najprawdopodobniej zakopanego w śnieżnej lawinie. Mamy podejrzenia względem jego kolegów kończące się wzajemnymi oskarżeniami. Wszystko to w małym radzieckim miasteczku gdzie największą władzę ma zblazowany komunista na stanowisku stróża prawa. Zamieszanie jakie tu powstaje można posumować słowami ‚burdel na kółkach’, ale ma to swój urok.

must alpinist

Tak, w jakiś sposób to dziwowisko przetrzymało mnie przed ekranem i teraz wspominając seans uważam go za ciekawe doświadczenie. Wydaje mi się jednak że braki jakie obiektywnie prezentuje ta produkcja mogą ja pogrzebać w oczach większości widzów, więc nikomu go usilnie nie zamierzam polecać.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

53/100

W skali brutalności: 1/10

To będzie Twoja wina

The Deep End aka 12 feet deep (2016)

deep end

Bree właśnie zaręczyła się ze swoim chłopakiem, Davidem i zamierza powiadomić o tym dawno niewidzianą siostrę Jonnę, w czasie spotkania na basenie.

Kiedy rozmawiają nadal nie poruszywszy kluczowego tematu pada komunikat, że lada moment basen zostanie zamknięty w związku z przedłużonym weekendem. Wtedy Bree orientuje się, że zgubiła swój cenny pierścionek zaręczynowy. Jej siostra wypatruje go na dnie basenu utkwionego w kracie.

Gdy dziewczyny usiłują odzyskać zgubę pokrywa basenu zamyka się a pracujący tam nadzorca wychodzi z budynku do domu. Bree i Jonna są uwięzione pod pokrywą i nie bardzo mogą liczyć na ratunek.

Twórców „The deep end” nie nazwałabym poszukiwaczami oryginalnych rozwiązań fabularnych. Ich nazwiska kojarzą mi się z filmem Victim z 2010 roku, będącego dość bezczelną kalką „Skóry w której żyję”.

„The deep end” też oryginałem nie jest. Jest to kolejny thriller utrzymany w klimacie survivalu i traktujący o uwięzieniu w wodzie.

Co prawda mamy tu ograniczoną przestrzeń basenu zamiast naturalnego akwenu, gdzie czekać mogą dodatkowe atrakcje w postaci spotkań z tubylczymi stworzeniami.

Z uwagi na to będzie zdecydowanie mnie emocjonująco. A może wcale nie chodzi o to? Myślę, że scenariusz filmu kulał od początku. W tego rodzaju filmach, jeden na jeden z dwojgiem aktorów ważne jest by dobrze zarysować ich wzajemne relacje. Wątków należnych filmom grozy mamy tu nie wiele więc atmosferę trzeba budować za sprawa wątków dramatycznych. Tych mamy tu urodzaj, ale poprowadzonych tak płasko, że efekt jest silnie kanciasty.

deep end

deep end

Obydwie siostry są bardziej irytujące niż interesujące. Ich historia, kwestia trudnego dzieciństwa jawi się ciekawie, ale są to motywy zupełnie nie wykorzystane, podobnie jak w przypadku trzeciego aktora dramatu, który w końcu pojawi się na scenie. Tak naprawdę to ciężko jest zrozumieć motywację bohaterów. Wszyscy są emocjonalnie rozjechani.

Wątki survivalowe, jak wspomniałam wypadają dość wtórnie, a ich prowadzenie jest bardzo nierówne. Na pewno znajdziecie tu całą masę ‚ale’, a co bardziej upierdliwi, będą kląć na logikę zdarzeń.

Powiem szczerze, że bardzo lubię tego rodzaju historie: Uwięzieni przez własną głupotę, albo złośliwy splot zdarzeń. Jednak w przypadku tego konkretnego filmu trudno mi mówić o satysfakcji z seansu.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W sakli brutalności:1/10