Archiwa tagu: teen slasher

Polski camp slasher

W lesie dziś nie zaśnie nikt (2020)

Grupa młodzieży uzależnionej od nowych technologii bierze udział w wędrownym obozie ‚Adrenalina’, gdzie pośród lasu mają odkryć zalety życia poza cyberprzestrzenią. Na miejscu zostają przydzieleni do mniejszych, pięcioosobowych podgrup i puszczeni w las. Do grupy opiekunki Izy należy Aniela, Zosia, Julek, Daniel i Bartek. To właśnie oni będą mieli szczęście dowiedzieć się, czym jest prawdziwa adrenalina, gdy na swoim szlaku spotkają Podlaskiego Jasona.

Wyznaczona na piątek trzynastego data premiery „pierwszego polskiego slashera” ewidentnie przyniosła mu pecha. Po pokazie prasowym zdecydowano o przesunięciu premiery na czas bliżej nie określony, po czym Netflix ogłosił: bierzcie i oglądajcie, przez co nie wiadomo, czy film dostąpi zaszczytu zagoszczenia na wielkim ekranie. Nastroje w kraju są takie, a nie inne i nikt chyba nie myśli już o wypadach do kina. Wystarczającej adrenaliny może dostarczyć przejazd PKS’em do najbliżej Biedronki. Ale do rzeczy.

Może na wstępie coś powinniśmy sobie wyjaśnić. „W lesie dziś nie zaśnie nikt” nie jest pierwszym polskim slasherem. Sama pisałam już o przynajmniej dwóch, a wrodzona skromność;) nie pozwala mi wnioskować, że obejrzałam wszystko w tym gatunku. Mieliśmy klawy „Piotrek 13ego” i „Gdzie diabeł mówi dobranoc. Obydwie offowe produkcje przypadły mi do gustu bardziej niż dzieło Bartka Kowalskiego. Owszem obydwie szły bardziej ewidentnie w stronę pastiszu aniżeli horrorów na serio, ale nie zmienia to faktu, że „W lesie…” też nie da się odebrać na poważnie.

Kowalski podkreślał niewielki budżet filmu, ale akurat te rzeczy, które bolały mnie w odbiorze produkcji najbardziej były od budżetu niezależne. Film może razić kiepską jakością zdjęć, czy efektów, może razić chałupniczą charakteryzacją, ale wszystko to zostanie rozgrzeszone jeśli pomysł będzie dobry, a scenariusz przemyślany i dostosowany do budżetu.

Początek filmu jest wcale nie głupi. Klasycznie camp slasherowy. Idziemy w las z archetypowymi bohaterami tego rodzaju produkcji. Widzimy pierwszą śmierć, pierwszego protagonisty. Aj, taki ukłon w stronę którejś z części „Piątku 13ego”. A później wszytko zaczyna się sypać. Scenarzystę przywiązali do drzewa i porzucili.

Co wyróżniało najlepsze slashery spośród całej masy hurtowo produkowanych filmów klasy B? Postać Final Girl, historia antagonisty i sceny mordów. Te ostatnie wcale nie musiały być szczególnie krwawe, liczyło się to by zabić w nowy, totalnie odjechany sposób. Tymczasem o ile pierwszy z listy zgonów, zgon można uznać za swego rodzaju hołd na otwarcie o tyle cała reszta jest już kalkowaniem, odhaczaniem kolejnych tytułów. Ty zginiesz jak w „Teksańskiej masakrze...”, a ty jak we „Wrong turn„. Żadnej własnej myśli twórczej.

Czas na Final Girl. Zgodnie z moimi przewidywaniami jest nią Zosia. Ta nieuczesana i źle ubrana. Rozpoznacie w niej Wieniawę z której zdarto cały glamour i kazano jej być aktorką. Pytanie za milion: Co Zosia robiła na obozie offline’owym? Jej naiwnie sentymentalna historia nijak nie prowadzi ja do miejsca przeznaczenia. SPOILER: Twoja rodzina zginęła straszną śmiercią? Jedz na obóz z dzieciakami uzależnionymi o youtube’a, to Ci dobrze zrobi.KONIEC SPOILERA. Czy ktoś zadał sobie choć odrobinę trudu by trzymało się to kupy? Wątpię.

Czas na antagonistę, a właściwie antagonistów, dwóch, żeby było na bogato. Charakteryzacja? Widzieliście „Topór”? No to wiecie jak wyglądają polscy Jason’owie. Znowu brak myśli twórczej.

Za to urąganie za brak inwencji pokarało mnie w momencie, gdy przedstawiona mi została biografia owych’ Toporników’. Tu pojechali po bandzie. Pojechali tak, że nie jestem w stanie wymyślić głupszej i bardziej absurdalnej historii ‚narodzin leśnego zła’. Była za to okazja do zużycia resztek budżetu, który został po wypłaceniu gaży Wieniawie i Gosiewskiej, na efekty komputerowe. Tak, mamy scenę otwierającą z „Prometeusza” w wersji Kowalski i s-ka.

Fabuła. Fabuła jak wspomniałam bazuje na schemacie camp slashera, jednak zamiast z tego nurtu czerpać co najlepsze, konsekwentnie zbiera wszystkie poprodukcyjne odpadki. Wytrwale przeczy logice i olewa związki przyczynowo skutkowe. Przypomina to gotowanie zupy z tego co akurat zostało w lodówce. Ten przepis raczej nie trafi do master chef’a.

Mam świadomość tego, że pomijając  kwestie telefonu, czy wątek spotkania Bartka z księdzem, większość fabularnych luk wynika z grubych montażowych cięć. Na zasadzie: To się wyjebie, nikt nie zauważy różnicy, a przyoszczędzimy trochę czasu. Błąd. Horrory to nie filmy dla idiotów.

Czy było tam coś dobrego? Na osłodę powiem, że: Tak, początek był obiecujący. Niektóre żarty się udały. Zosia do Julka: Julek, a ty umiesz biegać? 🙂 Uśmiechnęłam się. Wieniawa wcale nie zagrała najgorzej. Nagroda Złotego Drąga przypada Gośiewskiej. Jej występ uporczywie nasuwał mi skojarzenie z rolą Paris Hilton w „Domu woskowych ciał”. Nie nudziłam się, to też plus.

Tak czy owak, potwierdziło, się moja myśl: Polacy nie potrafią robić amerykańskich horrorów. Mimo tego seans z „W lesie dziś nie zaśnie nikt” uważam za pozycję obowiązkową. Może być ku przestrodze, albo z pobudek patriotycznych;)

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie: 5

Walory techniczne: 6

Aktorstwo: 6

Oryginalność:3

To coś:4

46/100

W skali brutalności:2/10

Ostatnia impreza

Die letzte Party deines Lebens aka Party Hard die young (2018)

Grupa absolwentów liceum bawi się wspólnie na kilkudniowej imprezie muzycznej w Chorwacji. Wśród nich są Julia i Jessika przyjaciółki planujące wspólne studia. Niestety jedna z nich postanawia się wyłamać i bez uprzedzenia drugiej zmienia założenia. Pomiędzy dziewczynami dochodzi do kłótni w wyniku, której rozdzielają się podczas popijawy. Nazajutrz ani Julia ani jej przyjaciele nie mogą znaleźć Jessiki. Nikt z nich nie rezygnuje jednak z dalszej zabawy, tymczasem zaczynają ginąć kolejne osoby z klasy Julii.

To dopiero głośny film. I nie mam tu na myśli sławy i popularności, tylko wrażenia czysto sensoryczne. Nieustannie hucząca muzyka taneczna to znak sygnalny tej historii. Młodzi bohaterzy austriackiego horroru bawią się i giną w rytm Gigi d’agostino.

Już chyba jesteście w stanie stwierdzić, że nie jest to produkcja skierowana do fanów nastrojówek. Zdecydowanie mamy tu do czynienia z teen slasherem, który jednak ma niewiele wspólnego z estetyką klasyki tego podgatunku. To horror na wskroś współczesny mimo, że jego szkielet fabularny trąci myszką, bo żadne novum tu nie następuje.

Bohaterzy to grupa rozbawionych, kipiących młodością ludzi. Przez większość akcji są pijani albo skacowani. Jak w każdym podręcznikowym slasherze pojawia się jakiś Zły Pan, który psuje im zabawę.

Tożsamość owego niegodziwca jest skrzętnie ukrywana przed widzem. Scenarzysta jest na tyle ostrożny, że nie daje nam choćby małej wskazówki, coby nie zepsuć w sumie dość oczywistego finału. Pisząc oczywisty nie mam tu na myśli łatwy do odgadnięcia, bo jak wspomniałam tropów brak- chyba, że tych mylnych – chodzi mi raczej o typowość rozwiązania tej zagadki. Tak, jest sztampowo slasherowa. Jest umoralniająca pointa i wszytko zgodnie z podręcznikiem.

Dla fanów dynamicznych zgonów jest tu sporo dobrego, więc pod tym względem film się sprawdza. Myślę, też, że za sprawą tej zalety zjedna sobie jakąś tam rzesze fanów. Jak dla mnie może być.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

56/10

W skali brutalności:2/10

Wyzywam Cię

Truth or Dare/ Prawda czy wyzwanie (2018)

prawda czy wyzwanie

Olivia i jej przyjaciele ze studiów spędzają wiosenne ferie w gorącym Meksyku. Tu w czasie jeden z suto zakrapianych imprez dziewczyna poznaje sympatycznego Cartera. Chłopak namawia ich do odwiedzenia opuszczonej misji gdzie kontynuują zabawę uatrakcyjniając ją grą w „Prawda czy wyzwanie”.

W pewnym momencie nowo poznany kolega wyznaje im, że sprowadził ich tu podstępem, bo tylko wciągnięcie nowych osób do gry, w którą sam grał ze swoimi przyjaciółmi mogą ocalić go przed jej bezlitosnymi regułami. Carter opuszcza towarzystwo przekonane o jego szaleństwie. Jednak gdy młodzi wracają do codzienności okazuje się, że gra którą rozpoczęli w Meksyku toczy się dalej, czy chcą czy nie, muszą odpowiadać na kolejne pytanie i wyzwania, a odmowa grozi śmiercią.

prawda czy wyzwanie

„Prawda czy wyzwanie” jak już zapewne domyśliliście się wnosząc po opisie jest dość typowym teen horrorem. Łączy w sobie elementy slashera, gdzie grupa protagonistów ginie kolejno w konsekwencji spotkania z antybohaterem, oraz horroru paranormalnego, gdyż antybohaterem jest tu siła nadprzyrodzona.

Tego rodzaju kino rzadko kiedy jest w stanie uwieść mrocznym klimatem, zbudować autentyczną atmosferę grozy. Nie inaczej jest w przypadku „Prawdy…”.

Sceny rozgrywające się w opuszczonym budynku misji, siedlisku sił nieczystych jak się okaże, nie robią większego wrażenia. W gorszych miejscach się bywało;)

prawda czy wyzwanie

Nie mogę jednak filmowi odmówić walorów rozrywkowych. Fabuła jest na swój sposób atrakcyjna, choć w dużym stopniu przewidywalna. Widzimy tu zagrywki rodem z „Oszukać przeznaczenie”, a mam widoczną słabość do tej serii. Innym tytułem, który mi się nasunął jest „Cry wolf„, podobnie traktujący o grupie młodzieży grającej w grę na śmierć i życie.

Skojarzenie okazało się bardzo trafne gdy pofatygowałam się by zapoznać się z filmografią twórcy „Prawdy…”. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że to właśnie on w 2005 nakręcił „Cry wolf”.

„Prawda, czy wyzwanie…” może pochwalić się stosunkowo wartką akcją, momentami większego napięcia, może nawet strachu w przypadku mniej wprawionej w bojach części widowni.

Seans z nim uważam za jak najbardziej udany mimo wcale nie małych błędów logicznych i dużych naciągnięć fabularnych. Podobał mi się też sposób w jaki sfinalizowano całą historię. Przyznaję, że bawiłam się dobrze więc nie pozostaje mi nic innego jak film polecić.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

klimat:6

Napięcie:8

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

66/100

W skali brutalności:2/10

Świąteczna gorączka

Better watch out (2016)

better watch out

Nastoletnia Ashley spędza jeden z przedświątecznych wieczorów pracując jako opiekunka dwunastoletniego Luke. Czas upływa jej na rozmowach telefonicznych z chłopakiem i poskramianiu zalotów Luke’a, który liczy, że dojrzał już na tyle by dobrać się do majtek swojej seksi niani. Właśnie tego wieczoru dom państwa Lemarów staje się obiektem ataku niezidentyfikowanego sprawcy o złych zamiarach.

„Better watch out” odczekał swoje nim zdecydowałam się dać mu szansę. Opis raczej nie wygląda zachęcająco: niańka i gówniarz kontra psychol. Nudy na pudy. W końcu ktoś na fanpage bloga polecił ten film i stwierdziłam, że okej, dam mu szansę. Śnieg spadł czas na świąteczne horrory.

Okazało się, że produkcja ma do zaoferowania wiele atrakcji, na które nic nie wskazywało.

better watch out

Początek skojarzył mi się z „Babysitter„: Dwóch gnomów z gimbazy fantazjuje o starszej dziewczynie, która od czasu do czasu pracuje jako opiekunka jednego z nich. W związku z tym, że dziewczyna ma wkrótce zmienić miejsce zamieszkania, zabujany w niej Luke postanawia: teraz albo nigdy. Na szczęście na tym podobieństwa ze wspomnianym tytułem się kończą.

Owszem, „Better wach out” ma w sobie pewną humorystyczną przekorę, już sam smarkaty dojący szampana w ramach wstępu do romantycznej randki rozwala system, ale jeśli chodzi o łączenie horroru i komedii to jednak trzeba potrafić to zrobić. Tu udaje się to bez większego wysiłku, jakby naturalnie.

To co jest największą niespodzianką w tej historii niestety muszę zachować dla siebie by nie zepsuć Wam seansu. Mogę natomiast zdradzić, że nie spodziewałam się takiego rozwoju wydarzeń. Scenariusz daje radę złożyć to wszytko w sensowną całość.

Jak wspomniałam mamy tu udane akcenty humorystyczne, ale to co może śmieszyć jednocześnie ma w sobie pierwiastek niebezpiecznego szaleństwa i to ono nakręci akcję. Nie uświadczymy tu mrożących krew w żyłach scen, ale groza jest tu obecna i funkcjonuje mniej więcej na tym samym poziomie, co w przeciętnym teen slasherze.

better watch out

Z dobrych rzeczy wymienić mogę jeszcze obsadę. Na uwagę zasługuje szczególnie nasz gimbazjanin Luke wykreowany przez Leviego Millera („Jasper Jones”), drugi w kolejności jest mały Garrett. Nie najgorzej wypada też nasza babysitterka w roli typowej ładnej nuni do której ustawia się kolejka użelowanych chłystków. Nie ma w jej postaci niczego interesującego, ale tak zazwyczaj bywa z bohaterkami slasherów.

Cóż więcej? Film niezgorszy, na świąteczny seans z horrorami jak znalazł.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:6

63/100

W skali brutalności:2/10

Śmierć na urodziny

Happy Death Day/ Śmierć nadejdzie dziś (2017)

happy death day

Studentka Tree Gelbman budzi się w dniu swoich urodzin w obcym pokoju akademika w towarzystwie średnio dla niej atrakcyjnego Cartera. Po tym jak chłopak uspokaja ją, że nie pohańbiła swojej reputacji członkini bractwa seksem z wyrzutkiem dziewczyna rozpoczyna ostatni dzień swojego życia.

Jeszcze tego samego wieczoru zginie zamordowana przez zamaskowanego sprawca, po czym… obudzi się, by przeżyć od nowa ostatni dzień swojego życia. Sytuacja powtarza się raz za razem, aż w dziewczynie obudzi się determinacja by tym razem wyrwać się z pętli czasu unikając śmierci, ale jak to zrobić skoro nie wie kto ją zabił?

Najnowszy horror Christophera Landona („Niepokój”, „Krew jak czekolada”) to przykład całkiem sympatycznego teen slashera okraszonego dawką czarnego humoru. Jeden z tych filmów, którzy powinien podobać się większości publiczności i jak wnoszę po opiniach tak właśnie jest.

Twórcy nie mieli najwyraźniej ambicji by zrobić ultra poważny i mega straszny obraz, bo „Śmierć nadejdzie dziś”, nie spełnia ani jednego ani drugiego postulatu. Podejście do tematu jest dość lekkie, ale nie ociera się o debilną naiwność, co mnie cieszy.

happy death day

happy death day

Fabuła to historia młodej, ładnej i wrednej dziewczyny, która przeżywa swój „Dzień świstaka”. Ta pechowo się składa, że jet to dzień jej śmierci, więc cokolwiek by nie zrobiła raz za razem jet szlachtowana przez człowieka w masce bobasa. Zagranie, moim zdaniem bardzo atrakcyjne fabularnie. Myślę, że po slasherach nikt nie spodziewa się niespodzianek, więc jest to na pewno element, który wyróżnia tę produkcję.

Cała reszta to już chwyty bardziej typowe, jak charakterystyka bohaterów, sceny śmierci, etc. Nie mniej jednak nawet to co typowe, przypadło mi do gustu. Szczególną sympatie zaskarbiła sobie u mnie odtwórczyni głównej roli, niebywale pyskata i puszczalska jak na final girl i jednocześnie typowa jako obiekt czyjejś zabójczej nienawiści.

Generalnie kino bardzo rozrywkowe i przyjemne.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

66/100

W skali brutalności:2/10

Wody niespokojne

Lake Bodom/ Bodom (2016)

lake bodom

Przed pół wieku nad jeziorem Bodom w Finlandii czteroosobowa grupa obozowiczów zostaje zamordowana przez nieznanego zabójce. Jednej z osób udaje się przeżyć, ale nie pomaga to w ujęciu sprawcy czynu.

Po latach nad to samo jezioro, w to samo miejsce wybiera się inna grupa nastolatków. Intencjom chłopców jest zgłębienie zagadki z przed lat, a dziewczyny też mają własną wizję tego wyjazdu.

Fiński slasher movie, Drodzy Państwo. Europejczycy wcale nie najgorzej czują się w tym bardzo amerykańskim gatunku i parokroć pokazali, że na starym kontynencie też wiedzą jak się robi dobrą rzeź.

Północne krajobrazy to świetna przestrzeń do zbudowania nastroju grozy i twórcy ten fakt wykorzystali. Większość akcji rozgrywa się pod osłoną nocy, ale oświetleniowcy dali radę i nie musiałam rozjaśniać ekranu, żeby cokolwiek zobaczyć. Może to dziwnie brzmi, ale zwracam na takie rzeczy uwagę. Ogólnie od strony technicznej jest to film dobrze zrobiony zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę budżet jakim dysponowali twórcy. Całkiem przyjemnie się na to patrzy. Muzyka też dobra. Jednak ideałem to ten film nie jest.

lake bodom

lake bodom

Fabuła jak na slasher przystało nie jest zbyt inteligentna choć scenariusz miał ambicje by trochę namieszać. Jest pare fabularnych twistów, które wzbogacają fabułę, ale nie robią wielkiego efektu wow.

Kuleje aktorstwo mimo, że dołożono starań by wykreować tu bardziej interesujące postaci niż w przeciętnym slasherze bywa. Dialogi kiepściane, albo tak brzmiały w wykonaniu obsady.

Całość daje efekt sympatycznego przeciętniaka, jednak dla samego klimatu myślę, że warto obejrzeć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:6

57/100

W skali brutalności:2/10

Prawdziwe burgery z prawdziwych Amerykanów

American Burger/ Amerykański burger (2014)

amerykanski burger

Uczniowie amerykańskiej szkoły są na wycieczce kulturoznawczej w Europie. W planie wycieczki jest zwiedzanie przedsiębiorstwa produkującego amerykańskie burgery.

Jak się okazuje właściciel przybytku burgery robi nieco inaczej niż nakazywałaby amerykańska tradycja – robi je z ludzi, ściśle hołdując zasadzie: prawdziwe amerykańskie burgery robi się z prawdziwych amerykanów.

amerykanski burger

„Amerykański burger” o dziwo nie jest filmem amerykańskim. Jest to produkcja szwedów, którzy bardzo dosłownie potraktowali mit amerykańskiego konsumpcjonizmu.

Jest to horror komediowy, więc spokojnie. Ukazuje w przejaskrawiony sposób motywy zaczerpnięte za teen slasherów made in USA.

Jak na horror komediowy przystało mamy tu spora dawkę czarnego humoru, nabijkę ze stereotypów i nielogicznych schematów.

amerykanski burger

O dobry pastisz kina grozy wcale nie jest tak łatwo jak mogłoby się wydawać, to też i do „Amerykańskiego burgera” trzeba podejść z rezerwą.

Wasz odbiór filmu zależy w zasadzie od oczekiwań, dobrej woli i dobrego nastroju. Jeśli akurat macie ochotę na coś, na serio, co faktycznie ma szansę zmrozić krew w żyłach będziecie sobie pluć w brodę, że sięgnęliście po taki shit. Jeśli natomiast cechuje Was dystans do horrorowego świata przedstawionego, macie dzień na głupawkę, proszę bardzo, „Amerykański burger” nie będzie złą opcją.

Generalnie jestem zwolenniczką takiego prześmiewczego podejścia i uważam, że trochę czarnego humoru od czasu do czasu nie zaszkodzi.

amerykanski burger

„Amerykański burger” od początku do końca jest nastawiony na szydzenie z tego co zwykle ma budzić lęk. Wszytko do konstrukcji postaci, po zaprezentowany tu ciąg zdarzeń zostało ukazane w krzywym zwierciadle. Do tego dochodzi mocno ograniczony budżet filmowców. I cóż, albo to do Was trafi albo nie. Dla mnie było to całkiem niezłe.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

50/100

W skali brutalności:2/10

Nie myśl o nim, nie mów o nim

Bye Bye Man (2016)

bye bye man

Troje studentów Sasha, Eliot i John wynajmuje dom na przedmieściach. Młodzi nie wiedzą, ze pod koniec lat ’60 mieszkał w nim dziennikarz, który dokonał masowego morderstwa wśród sąsiadów zakończonych samobójstwem.

W czasie parapetówki w nowym domu młodzi zabawiają się w seans spirytystyczny, a jeden z lokatorów Eliot znajduje dziwne napisy w jeden z szuflad nocnej szafki. Napisy stanowią przestrogę przed Bye Bye Manem, istotą, której imienia lepiej nigdy nie poznać.

Następstwem tych zdarzeń jest pogarszająca się kondycja fizyczna i psychiczna lokatorów. Widmo śmierci wydaje się nieuchronnie urzeczywistniać.

Z tego co widzę, „Bye Bye Man” nie został zbyt dobrze potraktowany przez widownie, co mnie dziwi. Nie dlatego, żem przekorna i dopatrzyłam się w tym obrazie jakiegoś fenomenu niedostrzegalnego dla większości, lecz tak po prostu uważam, ze produkcja w żaden sposób nie odbiega od przyjemnego poziomu średniawek.

„Bye Bye Man” stanowi kompilacje wątków ghost storyslashera obleczonego w ramy teen horrroru, jak to było chociażby w sławetnym „Koszmarze z Ulicy Wiązów„.

Zarówno sam pomysł, czyli legenda o upiornej istocie zwanej Bay Bay Manem jak i sposób przełożenia pomysłu na film, czyli stworzona tu warstwa narracyjna, wizualna i warsztat aktorski odtwórców ról tworzy całkiem zgrabną całość.

Nie dopatrzyłam się tu niczego co wywołało by zgrzyt zębów. Nie ma też jednak wielkiej dawki strachu, czy wybitnej psychologii postaci. Ot wszytko poprawne.

Fabuła skupia się na próbach rozwiązania zagadki Bye Bye Mana, które podejmuje Eliot. To on najsilniej odczuwa wpływ złej istoty na psychikę. Sasha z kolei podupada na zdrowiu fizycznych, choć objawem wspólnym dla wszystkich bohaterów są halucynacje. Bye Bye Man miesza wszystkim w głowach.

bye bye man

bye bye man

Spodobał mi się jako antybohater, bo jego działanie nie jest warunkowane przez głupotę antagonistów. Nie przywołano go wypowiedziawszy trzykroć jego imię przed lustrem. Bye Bye Man zawsze było i zawsze będzie. Dopadnie wszystkich, którzy poznali jego imię. Niczym spalony Freddy żywi się strachem.

Wizualizacja jego osoby nie powali, ale też nie stanowi jakiegoś karygodnego odstępstwa od średnio udanych demonów. Podobnie ma się sprawa ze scenami nastawionymi na przerażenie widza.

Czy więc „Bye Bye Man” mi się podobał? Cóż, podobał mi się na tyle, na ile może mi się podobać współczesny teen horror i to chyba będzie najuczciwsza odpowiedź.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

56/100

W skali brutalności:1/10

Kiepski ten obóz

Dead of summer – Sezon 1 (2016)

dead of summer

Obóz Stillwater ponownie otwiera swe podwoje przed obozowiczami i ich opiekunami. W przeszłości działy się tam złe rzeczy, ale nadal dla wielu osób jest o miejsce pełne sentymentu. Grupa nastoletnich opiekunów mimo najlepszych chęci nie spędzi tu sielankowego lata, bowiem zagrożenie już czyha.

Wiązałam spore nadzieje z „Dead of summer”, głównie ze względu na mój sentyment do gatunku camp slasherów z lat ’80. Ten serial miał przenosić widza właśnie w tamten nieco zapomniany przez filmowców świat, świat Jasona, Angeli Baker, czy innych szlagierowych już postaci, które zyskały sławę jako mordercy małolatów w jaskrawych portkach. Bardzo liczyłam na wierne odwzorowanie klimatu tamtych obrazów i co… przeliczyłam się.

Gdyby na dole ekranu nikt wspaniałomyślnie nie rzucił informacji o tym, że akcja serialu rozgrywa się w 1989 roku, wcale bym nie odczuła tej podróży w czasie. Twórcy nie wysili się szczególnie by za pomocą scenografii, charakteryzacji i kostiumów trafić w lata 80. Tylko brak komórek i social mediów daje nam znać, że coś jest nie tak.

dead of summer

Litościwie przymknęłam na to oko, licząc, że takie braki łatwo załatwi dobra fabuła. I faktycznie, przez pierwsze cztery odcinki śledziłam serialowe wydarzenia ze sporą uwagą. Doceniam próby nakreślenia bardziej złożonych charakterystyk bohaterów, mimo nieuniknionego umieszczenia ich w slasherowym schemacie.

Podobały mi się retrospekcje ukazujące skąd wzięła się nasza grupa i co każdy z nich ma za uszami. Odnotowałam kilka nawiązań do klasyki camp slasherów, ale niestety w pewnym momencie wszytko zaczęło iść w złym kierunku. Starania twórców by nie znudzić widzów i co i rusz oferować nowe zagrywki ostatecznie minęły się z celem. Nieprzewidywalność okazała się bowiem bardzo przewidywalna, za zmyłki raziły niekonsekwencją.

To co jednak najbardziej powinno mnie zaboleć jako fankę horroru, to kompletny brak horroru w horrorze. Serio, jest to bardziej serial obyczajowy o perypetiach pięknych i młodych i serial grozy. Na grozę nie znaleziono miejsca.

dead of summer

Jak na slasher, w dodatku składajacy się z dziesięciu odcinków trupów u mamy jak na lekarstwo. Większość bohaterów wychodzi cało z opresji i dopiero finałowy odcinek to większe żniwo śmierci.

Co więc robią bohaterzy slashera skoro nie umierają? Bawią się w detektywów, w dodatku mało rozgarniętych.

Ten serial to zmarnowana idea. O ile będzie drugi sezon, w co wątpię, brać się za niego nie będę.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Napięcie:5

Klimat:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:4

46/100

W skali brutalności:2/10

Jedźmy na obóz!

Summer Camp (2015)

summer camp

Dwie czarowne Amerykanki przybywają na hiszpańską prowincję by wypełnić wakacyjny czas pracą w charakterze opiekunek na obozie językowym. Tu wraz z dwoma kolegami przygotowują się do pracy, gdy nieoczekiwanie jednemu po drugim zaczyna odbijać. Krwawe mordy, obłęd w oczach i walka o przetrwanie.

„Summer camp”, jak wskazuje już sam tytuł filmu, miał nawiązywać do znanej konwencji camp slasherów – mojej ulubionej odmiany horrorwych rąbanek.

Pod tym względem swoje zadanie spełnia, choć twórcy nie silili się na odwzorowanie uroku lat ’80 – złotej ery takowych produkcji – postawili na współczesność. Przez to „Summer camp” nie bardzo zbliża się do klimatu typowego camp slashera, ale tworzy swoją własną atmosferę opartą na czasem bardziej czasem mniej udanej grze z konwencją.

Pierwszy rzut to rozpoznanie, czyli przedstawienie urokliwej okolicy, starej hiszpańskiej hacjendy no i gospodarzy imprezy, czyli czwórki klasycznie skrojonych bohaterów. Mamy tu Michelle – równiachę, ‚dziewczynę z sąsiedztwa’,  Chrisy – nadętą egoistkę z perfekcyjnie wyprostowanymi włosami, Antonia – Hiszpańskiego lowelasa, który planuje czym prędzej wypuścić swojego ptaka na łowy i sympatycznego okularnika Willa. Już wiemy kogo mamy lubić, kogo nie. Czas na wprowadzenie antagonisty.

summer camp

I u moi Drodzy za pewne nasunie Wam się skojarzenie z Cabin fever„, bo głównym zagrożeniem dla życia bohaterów będzie zaraza. No i fajnie, ale posłużono się tu dość klasycznym obrazem horrorowej choroby – zombizm, albo coś w podobie. Każdy kto zostanie zainfekowany zmienia się w żadną krwi bestię. Żeby nie było do końca nudno blado i typowo scenariusz nieco zmodyfikował ten motyw.

SPOILER: Otóż, żaden z bohaterów po zetknięciu się z toksyczną substancją nie umiera. W związku z tym nie jest to zombie w tradycyjnym rozumieniu. Bardziej przypomina to wściekliznę. KONIEC SPOILERA

Nie potrzebujemy więc zewnętrznego antagonisty, który wyłazi z lasu i macha siekierą. Jest to partia na czworo. Bohaterzy są jednocześnie antybohaterami, atakują siebie nawzajem. Będą żwawe sceny walk i pościgów, ale to nie wszytko, bo mamy kolejną zmyślna zagrywkę.

SPOILER: Efekt działania trucizny jest krótkotrwały. Jak działanie prochów lub innych substancji psychoaktywnych. Po mniej więcej 20 minutach szaleństwa osoba chora wraca do normalności i nie pamięta, że przed chwilą kogoś uszkodziła. KONIEC SPOILERA.

summer camp

Ten zabieg, owa innowacja w przebiegu choroby rozwiązała problem zbyt szybkiego rozwiąznia akcji. Bo jak można przez półtorej godziny uśmiercać cztery osoby? Toż to nuda i bida. Dlatego w klasycznych camp slasherach mamy pokaźną liczbę ofiar i giną sobie biedactwa po kolei.

Tu, dzięki takiemu a nie innemu przebiegowi choroby tworzy nam się niezłe zamieszanie. Fajne zamieszanie, trochę taka komedia pomyłek. Każdy chce zabić każdego i nie wiadomo kto przyjaciel kto wróg. Mnie to przekonało. Finał rozgrywki nie jest wesoły, zostaje zadany mały cios w tradycję final girl, po czym wracamy do klasycznego trybu: oj, będzie jeszcze gorzej.

„Summer camp” stanowi niezłą rozrywkę choć, nie wszystkim się spodobał. Oceny są raczej mało przychylne, ale ja się do nich nie przyłącze, bo to całkiem klawy straszak, jeśli nie postawicie mu zbyt wygórowanych oczekiwań.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

59/100

W skali brutalności:2/10