Archiwa tagu: thriller

Morderstwo, którego nie było

Piercing (2018)

Młody mąż i świeżo upieczony ojciec, Reed marzy o morderstwie. Najchętniej zabiłby własne dziecko, ale nie jest skończonym psychopatą, więc postanawia zabić kogoś obcego. W tym celu umawia się z prostytutką specjalizującą się w sado-maso, którą zamierza zabić w hotelu zgodnie z wymarzonym scenariuszem. Kiedy w pokoju hotelowym pojawia się Jackie  szybko okazuje się, że nic nie będzie tak jak planował.

Po seansie z najnowszą „Klątwą„, którą ku mojemu zdziwieniu nakręcił Nicolas Pesce, zastanawiałam się co też ten wyjątkowo zdolny facet zrobi z hajsem za tą chałturę. Niestety na to, przyjdzie mi pewnie poczekać. Za to udało mi się namierzyć jego film nakręcony po „Oczach matki„, a przed sequelem remake „Klątwy”. Owym filmem jest „Piercing”. Pesce zaskoczył mnie po raz kolejny. Trzy filmy, trzy kompletnie różne style. Reżyser kameleon.

„Piercing” uderza w klasykę, ale w jej inną odsłonę, inną dekadę. Estetyka wykonania każe myśleć o kinie z lat ’70, może ’80. Włoskie giallo i to takie z VHS. Wszystko od dźwięku, przez zdjęcia i scenografię aż do, uwaga, czołówki budzi skojarzenie z kinem innej epoki. Ależ mi to smakowało!

Fabuła filmu opiera się na powieści Ryu Murakamiego, którego twórczość znam tylko z ekranizacji. Widzieliście japońską „Grę wstępną„? To właśnie jego książka przeniesiona na ekran. Wyraźnie widać więc w jego twórczości zainteresowania tematyką sado-maso i wisielczy humor. Nie inaczej sprawa wygląda w przypadku „Piercingu”.

To kolosalnie szalony film. Z prostej historii o morderczych zamiarach wyciągnięto tyle obłędu ile się dało.

Mamy tu teatr na dwóch aktorów. Psychologiczne aspekty ich charakterów, aż domagają się większej wnikliwości, jednak japońska powściągliwość Murakamiego stawia ostrą granicę, a Pesce nie zamierzał jej przekraczać. Ten oszczędny wgląd w intencje i motywacje bohaterów procentuje wrażeniem groteski.

Czy „Piercing” jest brutalny? Coś się znajdzie. Bardziej odczuwalna jest ona w poczuciu nieuchronności tego co się stanie, w fantazjach i wspomnieniach, ale kiedy pojawia się tu i teraz robi to bez ostrzeżenia.

Obsadowo film porządny. W przypadku tak okrojonej obsady wszytko mogło się posypać, ale szczęśliwie warsztat Christophera Abbota i Mii Wasikowskiej nie stoi na papierowych nogach, więc solidnie i z wyczuciem.

Podsumowując, wszystko mi się tu podobało, chętnie zostałabym na dłużej w tej bajce.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

73/100

W skali brutalności:2/10

Pod ziemią

Cutterhead/ Głowica (2018)

Rodowita Dunka Rie, jako specjalistka od PR wyrusza na plac budowy metra by zrealizować materiał o codziennej pracy ludzi z różnych zakątków świata jednoczących siły w budowaniu lepszej europejskiej rzeczywistości. Na miejscu poznaje między innymi Chorwata Ivo i pochodzącego z Erytrei Bharana, pracującego w środku głowicy Maszyny drążącej TBM. Podczas gdy kobieta wypełnia swoją misję z lekceważeniem odnosząc się do kwestii bezpieczeństwa dochodzi do awarii, wybucha pożar  a  Rie, Ivo oraz Bharan zostają uwięzieni w komorze ciśnieniowej głowicy.

Aj, jak ja lubię takie filmy. Bohaterowie uwięzieni w hermetycznym zamknięciu pośród szalejącego dokoła zagrożenia. Niepewni o swój los.

A jeśli wszyscy zginęli i nikt ich nie uratuje? Co jeśli coś spieprzy się jeszcze bardziej i bezpieczny schron stanie się pułapką bez wyjścia? Co gdy zapadnie ciemność? Co gdy skończy się tlen?

Wszystko to, punkt po punkcie rozgrywa się na oczach widza. Dodajcie do tego jeszcze problemy z równowagą ciśnienia i obowiązkowy psychiczny odpał napędzany rosnącą paniką. Z każdego coś wylezie i nie będzie to nic dobrego. Próba sił, próba człowieczeństwa.

Takie filmy potrafią wystraszyć jak skurwysyn, bez potrzeby użycia drogich efektów, bez wyraźnego antagonisty, którego można obarczyć całą winą, a jego wyeliminowanie doprowadzi do happy endu. Wystarczy seria niefortunnych zdarzeń i wszyscy jesteśmy w dupie.

Duńska produkcja w reżyserii Rasmus Kloster Bro dodatkowo poraża naturalizmem. Wydarzenia, którym tu świadkujemy nie rozgrywają się w hollywoodzkim studiu. Mamy prawdziwy plac budowy, prawdziwą głowicę. Nawet największy budżet nie zastąpi realizmu prawdziwego planu zdjęciowego.

Zdjęcia mogą nieco trącić amatorką, kamera nie zawsze jest stabilna, kąt nie zawsze czysty, ale ja to odbieram na plus i doceniam operatora, który jakość złamał się w tym klaustrofobicznym wnętrzu. A dźwięk? Dźwięk jest jednym z najsilniejszych nośników grozy w tym filmie. Małe wnętrze aż od niego dudni. Kiedy wzrasta ciśnienie, a Rie desperacko walczy o jego obniżenie możemy odnieść wrażenie, że to nasze własne bębenki zaraz ulegną zniszczeniu.

Co do obsady to cały komplet trzech aktorów wszedł w temat po pas po szyje. Czułam prawdziwe emocje, strach, rozpacz, desperację. Zgon jednego z nich autentycznie przyprawił mnie o smutek. I mówię to pomimo tego, że charaktery naszych postaci są łatwe do odgadnięcia, stereotypowe wręcz. Nie przeszkadzało mi. Nic mi w tym filmie nie przeszkadzało, wszystko się podobało. Polecam.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

72/100

W skali brutalności: 2/10

Ktoś, kogo nie widać

The Invisible Man/ Niewidzialny człowiek (2020)

Młoda kobieta, Cecilia Kass, ucieka od swojego męża, Adriana Griffina genialnego inżyniera optyki. Schronienie znajduje w domu przyjaciela, policjanta Jamesa i jego nastoletniej córki. Niestety ciężar dotychczasowego życia pod pręgierzem agresora odciska na niej piętno tak duże, że nie jest w stanie opuścić domu bez lęku.

Wtedy spada na nią informacja o samobójczej śmierci Adriana. Czyżby była wolna? Tak naprawdę wolna? Kiedy w sercu Cecilii pojawia się nadzieja na upragnioną normalność lęk powraca ze zdwojoną siłą. Lęk, najgorszy z możliwym, bo przed tym czego nie widać.

Wydana po raz pierwszy w 1897 roku powieść Herberta Georga Wellsa „Niewidzialny człowiek” przeszła do kanonu gatunku powieści sci-fi. Zekranizowana przez studio Universal w 1933 roku, zyskała potencjał filmowy. Pojawiały się sequeleremakesequele remake’ów – jak to zwykle w przypadku klasyki, każdy chciał na tym pomyślę zarobić.

O ile film z lat ’30 bardzo lubię, bo lubię stare horrory Universal’a generalnie to te powstałe po roku 2000 mam już głęboko w pogardzie.

Zastanawiałam się co też z filmem zrobią współcześni, w roku 2020. Założeniem wytwórni Universal było odświeżenie studyjnych klasyków, ale gdy zobaczyłam jak to założenie sprawdziło się w przypadku „Mumii”… chyba się nie dziwicie, że zwątpiłam.  Na szczęście Leigh Whannell obrał zupełnie inny kierunek i nowy „Niewidzialny człowiek” jest zupełnie niegłupią rozrywką.

Scenariusz odszedł od oryginału. Przede wszystkim całą historię poznajemy z perspektywy bohaterki nie istniejącej dotąd ani w powieści ani w filmie.

Cecilia jako pierwsza przekonuje się o tym jak szalony i niebezpieczny jest naukowiec Adrian Griffin, jej mąż. Kontrolujący ją na każdym kroku, stosujący psychiczną przemoc. Kiedy w końcu udaje jej się uciec z ich wspólnego, a jakże wypasionego, domu musi poradzić sobie z traumą. Wie, że jej oprawca nie jest osobą, która łatwo odpuszcza, więc aż do pojawienia się informacji jego śmierci Cecilia trwa w przekonaniu, że Adrian na nią czyha.

Tu wielkie brawa należą się wcielającej się w rolę kobiety Elisabeth Moss, znaną z tytułowej roli w „Opowieści podręcznej”. Nie jest to aktorka, która może znaleźć się na topie listy najseksowniejszych, najpiękniejszych, najpowabniejszych. Jest za to charakterystyczna i diabelnie zdolna. Bardzo ją lubię. W roli kobiety ocierającej się o szaleństwo, trawionej przez paranoje, jest świetna. Nie gorzej wypada, gdy przychodzi jej zmieniać się w wojowniczkę, pewną swojej racji.

Akcja właściwa rozpoczyna się z chwilą gdy do Cecyli dociera, że jej mąż choć martwy nadal niszczy jej życie. Nie widzi go, ale jest pewna jego obecności. Czy ktoś daje jej wiarę? Może i Adrian był genialnym naukowcem, ale jak mógł stać się niewidzialny? Aj, to jest bardzo ciekawy wątek dla fanów sc-fi. Natomiast dla miłośników horrorów znajdzie się tu jeszcze więcej. Zaczynając od atmosfery zaszczucia i paranoi, przez narastające wokół sytuacji napięcie, i wreszcie dreszczyk uzyskany dzięki małym, subtelnym, klasycznym chwytom jak sceny z przekradaniem się, ukrywaniem etc.

Największą siłą tego filmu, tej historii, jest wybitnie celny strzał w największy ludzki lęk: lęk przed tym czego nie widać. Zagrożenie może być wszędzie, może zaatakować  znienacka, Jak chronić się przed czymś czego nie widać. Do tego dochodzi poczucie, że ogarnia nas obłęd, bo nikt nie daje wiary w istnienie niewidzialnego.

Filmowy antybohater jak na wprawnego psychopatę przystało konsekwentnie wpędza naszą bohaterkę w coraz większe kłopoty. Dba o to by wszyscy się od niej odwrócili, a ona w końcu poddała się jego woli…

Słowem podsumowania, produkcja bardzo udana, zasługująca na uwagę, konkretnie zrobiona z dobrze przemyślanym scenariuszem. Polecam.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:8

Zabawa: 9

Zaskoczenie: 7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś: 8

70/100

W skali brutalności: 2/10

Wszyscy tkwimy w Dziurze

El hoyo/ Platforma (2019)

Goreng trafia do Dziury. Znajduje się w jednym pomieszczeniu ze współlokatorem i z jednym wybranym przedmiotem jakie można zabrać z zewnątrz. Miejscem rządzą proste zasady. Każdego dnia przy pomocy wędrującej w dół platformy osadzonym podawane jest jedzenie. Jeden suto zastawiony stół, którego zasoby powinny starczyć na wyżywienie wszystkich lokatorów na nieokreślonej bliżej ilości pięter.

Goreng znajduje się na piętrze 48, gdzie trafiają jedynie resztki, ale co zostaje dla tych jeszcze niżej? Każde piętro w krótkim czasie stara się zjeść ile tylko potrafi, zanim platforma ruszy w dalszą drogę. Nie można gromadzić zapasów. W swoim egoizmie każdy zjada ile się da. Bo w przyszłym miesiącu zostaną przeniesieni gdzie indziej. Wyżej, lub niżej. Nikogo nie interesuje jak sobie poradzą i jakimi sposobami. To pierwsza lekcja jakiej udziela Gorengowi współlokator.

Hiszpańska „Platforma” właśnie wylądowała na Netflixie. Zjedzcie ile się da, bo drugiego takiego filmu długo nie zobaczycie;)

Jedna z bohaterek filmu określa Dziurę jako swego rodzaju ‚pionowym centrum autoterapii’. Trudno uwierzyć, że stworzeniu tego miejsca przyświecał cel terapeutyczny, bo jak przekonał się Goreng  Dziury wydobywa z ludzi wszystko co najgorsze. Zobaczycie tu mord, kanibalizm i zwykłe okrucieństwo. Wszystko to na tle zupełnego braku społecznej świadomości, troski o drugiego człowieka, zwykłej przyzwoitości. Goreng w swej naiwności zabiera ze sobą książkę. Tak książkę, podczas gdy większość ludzi zbroi się w noże i kije.

W miarę jak będziecie śledzić fabułę, obserwować przesuwającą się platformę z jedzeniem będziecie odbywać podróż na coraz to niższe warstwy piekła. Zło czyha zarówno na poziomie 7 jak i na 132. Ludzie zachowują się bezwzględnie nie zależnie od swojej pozycji. O pozycji decydują zasoby.

Jesteś, wyżej – masz co jeść, niżej żywisz się resztkami, jeszcze niżej czeka głód. Jak się dowiadujemy zastawiona suto platforma zawiera porcje, które starczyły by dla wszystkich, gdyby tylko ludzie zechcieliby się podzielić.

To swego rodzaju metafora klas społecznych. Podczas gdy brzuchy tych na górze pękają z przejedzenia, klasy niższe skubią resztki, oblizują kości, a ci najwyżej, stanowiący największą liczbę nie dostają nic. Dodatkowo nikt tak naprawdę nie wie jak żyje się tym na dole, do póki sam tam nie trafi. Więźniowie nie wiedzą ile jest poziomów. Nikt nie myśli o nikim za wyjątkiem siebie. Zjedzenie współlokatora? To tylko sposób na przetrwanie. Nie istnieje tu kategoria zbrodni. Zmiana punktu widzenia z wyżyn na niziny nie zmienia zachowania. To naprawdę świetny obraz naszego społeczeństwa.

Środki przekazu są dość konkretne, proste. Ktoś może stwierdzić, że wykład jest zbyt łopatologiczny, ale brutalność w formie, jest konieczna. To rzucenie prawdy między oczy. Film bardzo na czasie. Zasoby się zmniejszają, a apetyty wciąż rosną. Zwiększające się obszary biedy generują coraz większą bezwzględność. Poczucie zagrożenia o własny byt. Rosnący apetyt budzi  coraz większą roszczeniowość. I tak w kółko, jak z jazdą na platformie.

To film do dyskusji, w mniejszym stopniu do rozrywki. W mojej ocenie jako produkcja filmowa spełnia wszystkie wymogi dobrego kina. Przemyślany scenariusz, ciekawy narracja, technicznie i obsadowo bez zarzutów.

Jeśli nie boicie się takie zderzenia z rzeczywistość, zapraszam do Dziury.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła: 9

Klimat:8

Napięcie:8

Zaskoczenie: 7

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:9

76/100

W skali brutalności: 3/10

Be my guest

I see you (2019)

Małomiasteczkowy glina, detektyw Greg Harper prowadzi dochodzenie w sprawie zaginięcia  dwunastoletniego chłopca. Tymczasem w jego domu dzieją się coraz bardziej niepokojące rzeczy i bynajmniej nie chodzi o ostatnio zdemaskowaną zdradę, której dopuściła się jego żona, ani nie o fochy nastoletniego syna. Znikające przedmioty, latające doniczki i wrogo nastawione drzwi od szafy to dopiero początek.

Thriller „I see You” nakręcono na podstawie pierwszego scenariusza jaki wyszedł z pod ręki aktora Devona Graye’a. Jak na debiut przystało mamy tu pewien powiew świeżości. Otóż nie malkontenci, to nie jest kolejne ghost story o nawiedzonym domu.

W filmie idzie o coś zupełnie innego. Przekonacie się o tym gdzieś mniej więcej w połowie seansu. Wtedy też pojawia się główny fabularny twist, na którym w dużej mierze spoczywa ciężar całego przedsięwzięcia. Nie powiem żebym nie była nim zaskoczona.

To jednak nie wszystko co może Was tu zaskoczyć. W finale rozwiązana zostanie jeszcze jedna zagadka, ale tu nie byłam już tak entuzjastyczna. Lubię nieoczekiwane zwroty akcji, ale tylko te logicznie uzasadnione. Tu uzasadnienia nie był wcale. Ot jest jak jest, a po za tym psycholodzy to idioci. Be my guest 😀 Musicie mi darować tą lakoniczność. Trudno napisać o głównych walorach filmu jeśli są nimi rzeczy, których absolutnie nie powinno się wiedzieć przed seansem;)

Film jest sprawnie zrealizowany, co w dużej mierze jest zasługą dobrego rozplanowania filmowych wydarzeń. Technicznie bez zarzutów, ale też nie ma tu szczególnie o co się potknąć, ani z efektami nie poszaleli, ani nie tryskali krwią na aktorów.

A skoro o aktorach mowa to muszę to powiedzieć. Helen Hunt chyba pomyliła plany filmowe. Jej twarz to jakiś koszmar i od czasu gdy pod nóż poszła Meg Ryan nie widziałam tak skopanego zabiegu przeciwzmarszczkowego. Jej twarz wygląda jak zagipsowana. Aktorka z trudem wydobywała z niej ruchy mimiczne. Jeśli więc chcecie w tym thrillerze znaleźć element horroru to jest on wymalowany na twarzy Helen Hunt 🙁

Słowem podsumowania: Całkiem dobra produkcja, może nie rewelacyjna i nie pozbawiona wad, ale jak najbardziej do obejrzenia.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

to coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

Przyjaciel na śmierć

Daniel isn’t real (2019)

Luke jest samotnym dzieckiem. Nie ma przyjaciół nie licząc Daniela. Jego matka przechodzi poważne załamanie po odejściu jego ojca, a chłopiec kiepsko to znosi. Jego przyjaciel bardzo chce mu pomóc. Kiedy Luke w asyście Daniela prawie uśmierca mamę, kobieta postawia zakończyć znajomość między synem a Danielem. Trudno jest jednak zerwać znajomość… z samym sobą.

„Daniel isn’t real” to filmowy thriller powstały na podstawie książki „In this way I was saved”, która jeszcze nie dotarła na polski rynek wydawniczy. Wieszczę, że szybko może się to zmienić o ile film odniesie w naszym kraju sukces. Czy na ten sukces ma szansę?

Dla mnie film delikatnie powyżej średniej. Motywem przewodnim jest tu znany i lubiany motyw wymyślonego przyjaciela. Ta częsta przypadłość samotnych dzieci jest tu przedstawiona w dwójnasób.

Z jednej strony widząc tendencję matki bohatera do zaburzeń natury psychicznej myślimy o stanie chorobowym. Luke jest szalony, cierpi na najatrakcyjniejszą popkulturową chorobę – osobowość mnogą. Z drugiej strony demoniczna postać Daniela każe nam szukać nadprzyrodzonego rodowodu tej postaci. Tak, scenariusz w końcu rozstrzyga tę kwestię dość jednoznacznie skręcając  w jedną z uliczek i  musiałabym bardzo się uprzeć by pozostać po drugiej stronie barykady. To chyba główna słabość filmu.  chyba wolałabym dostać większą swobodę interpretacji.

Technicznie film wypada dobrze, efekty wcale nie są źle wykonane, a jest ich sporo i choć można nie lubić tego rodzaju przepychu to chyba lepiej żeby prezentowały pewien poziom jeśli już twórca uznał je za niezbędne. Kilka scen naprawdę się udało.

Aktorsko też bez zarzutu. Syn Schwarzeneggera, ładny chłopiec dobrze wchodzi w skórę mrocznego bohatera. Miles Robbins który miał chyba trudniejsze zadanie, bo gama emocji jaką musiał zaprezentować była znacznie szersza nie rozczarowuje nawet przez moment.

„Daniel isn’t real oglądało mi się całkiem dobrze i choć nie zaskarbił sobie u mnie szczególnego wyróżnienia to jest to produkcja, którą jestem skłonna polecić. Pod warunkiem, że nie szukacie szczególnych innowacji;)

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:6

59/100

W skali brutalności:1/10

Dokąd mam uciec od samego siebie?

Seconds/ Twarze na sprzedaż (1966)

Pewnego wieczoru Arthur Hamilton obiera telefon od przyjaciela jeszcze z czasów studenckich. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że Charlie został uznany za zmarłego. Teraz Arthur rozmawia z nim przez telefon otrzymując niejasne instrukcje jakoby koniecznie musiał zgłosić się do enigmatycznej Firmy  podając się za niejakiego Tony’ego Wilsona. Ma mu to pomóc w rozpoczęciu nowego życia, życia o jakim nawet nie odważył się marzyć.

Jak powiedział Ben Franklin: Większość ludzi umiera w wieku 25 lat, ale z pogrzebem czekają do siedemdziesiątki”. Podręcznikowym przykładem jest tu bohater filmu Johna Frankenheimera.  Arthur Hamilton trwa w życiowej poczekalni. Niby ma wszytko co powinien mieć mężczyzna w jego wieku aby móc nazwać siebie spełnionym, ale czuje pustkę. Tak naprawdę nie chciał żadnej rzeczy na jakiej obecnie koncentruje się jego życie. Ale co może na to poradzić? Teraz?

Gdy Arthur trafia do firmy rozciąga się przed nim wspaniała wizja nowego życia. Otrzyma nową tożsamość, nową twarz, nowy dom, nową historię. Z nudnego, siwiejącego bankiera ma stać się artystą i playboyem z Malibu. Gdy mężczyzna zaczyna wzbraniać się przed tą kuszącą perspektywą (pytanie, czemu?) firma posuwa się do szantażu. Artur kładzie się na stole operacyjnym i budzi jako nowy człowiek. Jego śmierć zostaje sfingowana przy pomocy anonimowy zwłok. Kim są ludzie, którym ktoś kradnie twarze? Nad tym Arthur się nie zastanawia.

Film Frankenheimera jest swego rodzaju filmem proroczym. Jego twórcy opowiadają o ludziach, którzy chcą zacząć od nowa, a receptą na to mają być operacje plastyczne i zmyślona tożsamość. Coś Wam świta?;)

Cała groza sytuacji opiera się na tym, że ryzykowna i psychicznie wyczerpująca próba podjęcia nowego życia nic Arthurowi nie daje. jako Tony jest tak samo pusty. Miota się, chce uciec, popada w skrajne stany emocjonalne. Wraca do domu, by porozmawiać z żoną. Poznać samego siebie widzianego jej oczami, znaleźć źródło pustki. Bohater popada w przygnębienie gdy dociera do niego, że nikt nie jest winien jego życiowej porażki, jego smutku i tęsknoty. Winny jest on sam. Co też może zrobić? Arthur obsesyjnie domaga się kolejnej szansy, kolejnych operacji, kolejnej zmiany. Znowu wraca do firmy.

Tak, firma i sceny z nią związane są bez wątpienia najmocniej nacechowane grozą. To właśnie wtedy widz ma okazje najmocniej zbliżyć się do bohatera, przyjrzeć mu się naprawdę z bliska. Dużą zasługą są tu podjęte działania operatorskie. We współczesnym kinie ciężko jest znaleźć kogoś kto z taką skutecznością potrafi wzmocnić emocjonalne wrażenia bohatera tylko za pomocą ujęć. James Wong Howe dokładnie pokazuje nam gdzie mamy patrzeć. Przykuwa do ekranu, robi z nami co chce i kręci widzem jak dziecko balonikiem na zakręcie. Nie sposób wyrwać się z tej opresji.

Jest jeszcze muzyka. Drażniące nerwy dźwięki wprost od samego antychrysta. Tak, To dzieło Goldsmitha.

„Twarze na sprzedaż” w swoich czasach nie doczekały się takich pochwał, by w pewnym momencie stać się klasyką, a jednak są nią obecnie. Jakim sposobem? Myślę, że tak właśnie dzieje się z filmami, które wyprzedzają swoją epokę. Musicie obejrzeć, koniecznie.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność: 9

To coś:8

75/100

W skali brutalności: 1/10

Urodzeni włamywacze

The Villains (2019)

Mickey i Jules napadają na stację benzynową. Zgarnęli gotówkę, ale o paliwie do auta już nie pomyśleli. Nie mogąc się dostać na wymarzoną Florydę utknęli w środku leśnej drogi. Niczym oaza na pustyni przed ich oczyma ukazuje się … skrzynka pocztowa co oznacza, że gdzieś w najbliższej okolicy musi stać dom. Para zakochanych złodziei włamuje się do pustego domu. Przeszukując go w poszukiwaniu kluczyków do auta właścicieli, a w końcu benzyny trafiają do piwnicy, gdzie dokonują szczególnego odkrycia.

„Villains” to film duetu twórców, którzy sami stworzyli do niego scenariusz. Pomysł na film opiera się na archetypie obrazów pokroju „Boni i Clyde’a”. Ich bohaterami są młodzi, zakochani i zdemoralizowani. Tak też jawi nam się Jules i Mickey, choć napad w dziecięcych maskach nie jest może szczytem deprawacji i zgrozy.

Młodzi są więc antybohaterami do chwili gdy poznajemy właściwych antybohaterów. To przewrotny chwyt, który jednak był już stosowany, ukazuje nam on starą, złota zasadę, że na każdego cwaniaka znajdzie się większy cwaniak. Włamywacze okazują się bowiem całkiem niewinni w konfrontacji z właścicielami domu. Gdy ci nieoczekiwanie powracają nakrywając na miejscu Mickey’a i Jules, widzimy małżonków w średnim wieku. Uprzejmą panią domu i stanowczego acz spokojnego pana domu. Jednak pamiętajcie o piwnicy. Młodzi włamywacze znaleźli tam coś co zadaje kłam wizerunkowi uczciwych domowników.

Tak więc sytuacja się odwraca i Ci, których mogliśmy typować na wykolejonych i złych stają się ofiarami jeszcze bardziej wykolejonych i złych. Jules okazuje się nie tylko ładna i szalona, ale też troskliwa i współczująca. Micke’a też jakoś łatwiej rozgrzeszyć.A tak BTW rolę dziewczyny wciela się znana z „Coś za mną chodzi” Maika Monroe, za to Mickey to nikt inny jak Pennyvise:) Tak moi drodzy, to ten sam aktor.

Film utrzymany jest w klimacie czarnej komedii, bardziej aniżeli thrilleru jako takiego. Oczywiście cechy tego drugiego są tu jak najbardziej obecne, ale wszystkie wydarzenia, kreacje bohaterów mają jednak silnie komediowe zabarwienie, które rzuca się w oczy bardziej niż maleńki pierwiastek grozy całej sytuacji. Co więcej jest to humor udany, więc nawet jeśli główny szkielet fabularny nie zrobi na Was szczególnego wrażenia to i tak macie szansę zakończyć seans z zadowoloną miną.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

to coś:7

63/100

W skali brutalności:2/10

Nie umrzesz

Don’t Let go (2019)

Jack pracuje w policji i nie ma rodziny. Jego najbliższymi krewnymi są brat i bratanica. Z nastoletnią Ashley jest blisko związany i traktuje ją jak własną córkę. Kiedy w domu jego brata dochodzi do masakry w której giną wszyscy z Ashley włącznie Jack marzy tylko o tym by cofnąć czas i zapobiec tragedii. Wtedy jego komórka zaczyna dzwonić. Ni mniej ni więcej dzwoni do niego jego bratanica.

„Don’t let go” ma na FW dziwne kategorie gatunkowe. Sama mogę stwierdzić, że mnie osobiście przestaje do thrillera z elementami sc-fi i tego się będę trzymać. Jego twórca zasłynął całkiem dobrym „Mean Creek” i popłuczynami po „Ring”, czyli  „Rings”. Nie mogę więc powiedzieć, że miałam wyraźne  i konkretne oczekiwania względem jego nowej produkcji.

„Don’t let go” okazał się jednak klawym filmem. Jak na porządny thriller przystało mamy tu zagadkę i nie chodzi tylko o tę czysto kryminalną- kto zabił Ashley, ale i o to jakim cudem martwa dziewczynka wydzwania do swojego wujka?

Szczęśliwie  na głupka nie trafiło, Jack jest detektywem i nie spocznie do póki nie wyprostuje wszystkich supełków. Kreacja aktorska młodej Storm Reid w roli Ahsley przydaje sprawie nieco sentymentalnego dramatyzmu, który procentuje tym, że los bohaterki nie jest nam obojętny.

Sprawa nie jest ani prosta ani oczywista. Mamy tropy, błędne tropy, twisty i niespodzianki. Akcja jest wartka, ciśnienie może podskoczyć, kolejne wydarzenia trzymają widza w napięciu. Nie ma nudy, więc film punktuje w kategorii rozrywkowej, a że nie jest też głupi to tym bardziej warto na niego zerknąć.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:9

Zaskoczenie:8

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

Pokój życzeń

The Room/ Pokój (2019)

Matt i Kate kupują stary dom do remontu za miastem. Wprowadzają się do niego i wkrótce odkrywają niezwykłe właściwości jednego z pomieszczeń. Okazuje się, że mają w domu pokój, który spełnia życzenia. Bez limitu i bez konsekwencji – tak przynajmniej początkowo się wydaje. Kiedy małżonkowie opływają już w banknoty i kąpią się w strugach szampana Kate stwierdza, że zamówi sobie dziecko. I cyk, ma dziecko. Mniej więcej w tym samym czasie Matt odkrywa ulotność darów jakimi tak szczodrze obdarował ich los.

„The Room” to obraz, którym zainaugurowałam nowy filmowy rok. Zwykle staram się wybrać na pierwszy noworoczny rzut coś pewnego, ale tym razem stwierdziłam: A, co ma być to będzie.

Trafiłam całkiem dobrze, bo „Pokój” to dość przyjemny i sprawnie zrobiony straszak z pogranicza thrillera i filmu sci-fi. Twórcy nie mają wielkiego doświadczenia, ale wykorzystali sprawdzony motyw pod tytułem: Uważaj czego sobie życzysz, tym samym przenieśli środek ciężkości z warstwy nadprzyrodzonej na dramatyzm ludzkich wyborów i ich konsekwencji. Nie jest to produkcja szczególnie obfitująca w atrakcje, które trzeba konstruować przy pomocy komputera. Akcja nie jest szczególnie dynamiczna, ale toczy się bez nudy, swoim rytmem.

Kate i Matt opierając się na złotej zasadzie: Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby swobodnie korzystają z dobrodziejstwa jakim jest pokój życzeń i nie zastanawiają się nad pochodzeniem swojego szczęścia.

W końcu Kate dochodzi do wniosku, że rzeczy typowo materialne nie zaspokoją jej apetytu na szczęśliwość, a jako, że małżonkom nie szło zrobienie sobie dziecka tradycyjną pochwalaną przez kościół metodą;) Kate zamawia dziecko ze sprzedaży wysyłkowej ‚Pokój życzeń s-ka z o.o. ‚. Tak w ich domu pojawia się mały Shane, a mąż łapie wkurwa, bo mężczyźni jednak wolą mieć swój udział w poczęciu. Matt wychodzi. Bierze garść banknotów, które … tuż po przekroczeniu progu ich domu rozsypują się w pył. I tu jest pies pogrzebany.

Mężczyzna nie informuje żony o tym co grozi jej synkowi kiedy ta zabierze go np. na spacer. Kate przekonuje się o tym sama. Nie, Shane nie rozsypał się w pył. Stało się coś innego, ale nie powiem Wam co. Fakt faktem Matt zaczyna rozkminiać. Przypomina sobie o tym co usłyszał o poprzednim właścicielu domu…

Zagadka pokoju jest dość ciekawa. Sposób jej przedstawienia też nie budzi większych zastrzeżeń. W zasadzie wszystko jest okej, ale… ale to już było. Podobną historię mamy w „The box”, kojarzy mi się też film o dziurze w ścianie, która też miała niezwykłe zastosowanie. No i „Die Tur/ Drzwi” z Mikelsenem – to był sztos. Nie mówiąc już o całej masie produkcji mówiącej o spełnianiu nie przemyślanych życzeń jak nie szukając daleko „Wish upon”. Tak więc w tym z pozoru innowacyjnym pomyśle nie mamy wiele nowego. Ale, ale… oczywiście nie skreślam przez to „Pokoju”. To dobry film i przyjemnie się go ogląda.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10