Archiwa tagu: torture porn

Bękarty diabła – zmartwychwstanie

3 From Hell/ 3 z piekła (2019)

Baby, Otis i Kapitan Spaulding ‘bękarty diabła’ masowi mordercy i właściciele ‘domu tysiąca trupów’ wbrew prawom natury wychodzą cało z policyjnej obławy. Gdy tylko dochodzą do zdrowia trafią za kratki, bez specjalnych widoków na wyjście na wolność. Morderczy klaun żegna się z życiem zgodnie z wyrokiem sądu, ale Otis i Baby nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Gdy udaje im się wydostać z więzienia wracają do tego, w czym nie mają sobie równych.

Dom tysiąca trupów” do tej pory jest jednym z moich ulubionych horrorów. Skrajnie pojebana wizja Rob’a Zombiego, muzyka i filmowca była nie tylko czymś absolutnie oderwanym od mainstreamu, ale i swego rodzaju hołdem dla gatunku. Uwielbiam, no uwielbiam. Podobnie ciepłe uczucia wzbudził we mnie sequel pt. Bękarty diabła“. Kręcony już w nieco innej estetyce, ale z pomysłem i smakiem- smakiem krwi oczywiście. Nie ukrywam, że na tyle polubiłam jego bohaterów/antybohaterów, że w chwili ich śmierci w moim oku zakręciła się łezka.

Po ponad dziesięciu latach, wypełnionych średnio udanym projektami Zombie postanowił wrócić do pomysłu, który go rozsławił. Można powiedzieć, że swoich bohaterów wygrzebał z grobu i ponownie postawił na nogi. Jakkolwiek absurdalne jest to rozwiązanie ucieszyłam się na ich widok. I cieszyłam się nimi przez cały seans, ale muszę być uczciwa wobec faktów. Film jest odtwórczy i marny. Mamy tu do czynienia z powtórką z “Bękartów diabła”.

Sid Haig pojawia się na ekranie na krótko, ale fajnie daje sobie radę mimo złego stanu zdrowia – aktor zmarł w tym miesiącu. Mimo że odtwórca roli Otisa’ zachował się’ najlepiej jego warsztat aktorski stracił cały czar. Jego teksty wydawały mi się wymuszone. Rozumiem, że grał pod dużą presją, ale nie przekonał mnie.

Natomiast Sheri, ona nadal jest świetna. Zupełnie jakby nigdy nie opuściła skóry Baby. Bardzo przyjemnie śledziło mi się jej poczynania z tym, że … cóż, nie przeskoczyła samej siebie i nie zaprezentowała niczego nowego. Tak jak niczego nowego nie mamy w tej historii. Styl i oprawa jest daleka zarówno od poziomu i estety z “Domu…” jak i z “Bękartów…”. Muzyka? Jedna z najmocniejszych stron filmów Zombiego, zupełnie jakby jej nie było. Praktycznie brak szlagierowych kawałków w stylu Terryego Reida i ostrych wstawek samego Zombie’go. Coś tam brzęczy, ale nie zwraca uwagi. Gdyby nie mój sentyment do ‘tego co było’ prychnęłabym pogardliwie. Wg. mnie ta filmowa seria kończy się w czasie policyjnej obławy w ostatnich minutach “Bękartów diabła”

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

53/100

W skali brutalności:3/10

Uciekaj, serce moje

Escape room (2017)

escape room

Tyler wraz z dziewczyną i kilkorgiem znajomych świętuje trzydzieste urodziny. Jego piękna dziewczyna Christen postanowiła z tej okazji zorganizować coś ekstra: wyprawę do escape roomu. Ta niewinna rozrywka przyprawi ich jednak o coś więcej niż napięcie i chwilowy dreszcz.

Tym razem nadaję do Was o tym “Escape room’ie”, o którym krzyczano na plakatach kinowych. Jest to produkcja w stu procentach profesjonalna, zrobiona przez doświadczonych filmowców, czyli poważny kandydat na kasowy hit. Niestety świat horroru rządzi się innymi prawami i zazwyczaj to właśnie pretendenci do wszelkich pochwał odpadają w przedbiegach.

Zanim miałam okazje sama zobaczyć film, naczytałam się o nim wielu niepochlebnych opinii. I choć bardzo chciałabym być przekorna, to jednak muszę się zgodzić z opinią większości.

“Escape room”, mówiąc krótko to takie popłuczyny po “Pile” z czasów jej świetności. Wykorzystuje motyw zamknięcia bohaterów wbrew ich woli by kolejno wymierzać im bolesne razy, które nie każdy przeżyje.

escape room

Film miał w zasadzie tylko jeden dobry moment, jeśli chodzi o walory grozy i mam tu na myśli scenę śmierci pierwszej z par, siostry Tylera i jej chłopaka.

Cała reszta nie robi już wrażenia i oto nastaje koniec na samym początku.

“Escape room” nie celuje w nurt torture porn tylko i wyłącznie. Stara się zaoferować coś inteligentniejszego wprowadzając na arenę psychologiczne gierki i przewrotne zagadki. Niestety, ani te pierwsze ani te drugie nie zdają egzaminu. O ich poziomie może zaświadczyć chociażby pomysł na postać głównego bohatera, Tylera, który to rzekomo miał być czarujący i inteligentny. Jawił mi się raczej jako tępy chuj na kaczych nóżkach, ale niech tam.

escape room

Zagadki, które recytuje anonimowy antagonista  w prologu obrazu rozgryzł by bystry ośmiolatek.

Dla tych, którzy nie zgłębiali tematu, całe te escape room’y to bardzo popularna rozrywka. Ich założenie to przeżycie przygody w gronie znajomych. Ci, który się na to zdecydują zostają umieszczeni w zamknięciu i tylko rozgryzienie przewodniej zagadki pozwoli na wydostanie się z opresji. Oczywiście wszytko odbywa się w warunkach kontrolowanych. Filmowy escape room to więc taka fantazja na temat tego co by było gdyby.

Idźmy dalej. Jako takie nadziej wiązałam z postacią Christen i bardzo liczyłam na jakiś surprise z jej udziałem, niestety nic z tego. Zamiast tego podziwiałam taniec godowy jej koleżanki, która bardzo chciała ugościć w swych nogach naszego czarusia Tylera.

Nie mogę się jednak przyczepić do technicznego wykonania tej produkcji. Wszytko jest na swoim miejscu i dobrze się na to patrzy. Może nawet aktorstwo nie jest takie złe, a kwestia leży w samych postaciach i ich skrajnej nijakości.

Powiem więc tak, obejrzeć się to da, ale nic ponad to.

Moja ocena:

straszność:2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

48/100

W skali brutalności:3/10

Prawdziwie rozrywkowy

Tallon Falls (2017)

tallon falls

Czwórka znajomych,Sean, Lyndsey, Lance i Ryder udają się na rekreację do stanu smażonych kurczaków. Na małej stacji benzynowej wpadają na informację o lokalnej atrakcji, Domu Grozy. Jak się okazuje przybytek cieszy się ogromną popularnością. Młodym udaje się jednak dostać bilety i tak wkraczają do świata niezwykle realistycznego horroru. Nie wiedzą jednak, że ich wejściówki, są, można rzec, vipowskie i gwarantują dodatkowe atrakcje.

“Tallon Falls” będący owocem pracy nikomu nieznanego debiutanta niestety nie grzeszy oryginalnością. Niektórzy porównują go do serii “Hostel”, ze względu na przynależność do gatunku torture porn, gdzie turyści padają ofiarą nietypowej, lokalnej rozrywki, ale to porównanie może okazać się o wiele nad wyrost, jeśli chodzi jakość obydwu produkcji. Ponadto “Hostel” był chyba pierwszym horrorem ukazującym w taki sposób motyw handlu ludźmi. Mogę się oczywiście mylić, ale nic takiego sobie nie przypominam.

“Tallon Falls” w swoim zamyślę do złudzenia przypomina “The House of October Bullit“, czyli horror gdzie grupa młodych ludzi poszukuje wrażeń w Domach grozy, aż kończą jako …eksponaty. Tu mamy w zasadzie to samo, z tym, że wizyta naszych bohaterów w upiornym przybytku jest dziełem przypadku.

Fabuła, jak na torture porn przystało skupia się na zaprezentowaniu tortur. Nasi bohaterzy, goście w domu grozy, przechadzają się korytarzami i oglądają utkwione za szybami przedstawienia. Oczywiście są przekonani, że to lipa. Lance z zapałem zadaje kilka strzałów prądem człowiekowi uwięzionemu na krześle elektrycznym, doskonale się przy tym bawiąc i będąc pewnym, że to tylko aktorski pokaz.

tallon falls

tallon falls

Myślę, że każdy widz w tym momencie już doskonale wie, że tak nie jest. Mnie lampka zapaliła się w momencie, gdy protagoniści stojąc w niemożebnie długiej kolejce po bilet zostają przepuszczeni, przez jednego z organizatorów, po tym jak mówią, że przyjechali z daleka.

Sami zainteresowani, zaś nie prędko zorientują się o co chodzi, nawet znalezisko z pokaźną stertą nagrań snuff nie poprowadzi ich na właściwe tory myślowe. Wkrótce wylądują w klatce i wkrótce zacznie się jatka.

Jatka całkiem udana jak na standardy kina niskobudżetowego. Tortury są ostre i efektowne. Fani tego rodzaju widoków, będą mieli na czym zawiesić oko. Wrażliwcy z niesmakiem pokręcą głowami. To w tym momencie akcja znajdzie kulminację. Oczywiście jedyna myślą tych, którzy jeszcze nie zostali zakatowani jest, jak stąd uciec. Obraz ucieczki, który powinien być przyczółkiem największego napięcia najbardziej nuży i irytuje brakiem logiki.

Efekt finalny jest cokolwiek średni. Technicznie nie wygląda to źle, ale zabrakło oryginalnych pomysłów, zakończenie zwykła kalka. Nawet wygląd oprawców, zwierzęce maski są wtórne do porzygu. Nie znalazłam tu wiele dla siebie.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

54/100

W skali brutalności:4/10

Męczeństwo na dwa sposoby

Martyrs/ Skazani na strach (2008)

vs

Martyrs (2015)

martyrs

martyrs

Stało się. Amerykanie wyciągnęli swe pazerne łapska po francuski film, który swoją brutalnością zszokował Europejczyków. Pogłoski na temat planowanego remake “Skazanych na strach” krążyły już od dawna. Sądziłam, że po takim czasie temat się szczęśliwie rozmył, ale skądże. Scenarzysta nominowanej w tym roku do Oscara “Zjawy” podjął się niewdzięcznego zadania wywabienia posoki z fabuły francuskiego straszaka i na zgliszczach pomysłu Pascala Laugiera wyhaftowania kolorowego i ślicznego obrazka, który zaspokoi fasfoodowe apetyty.

Do tej pory nie udało mi się nic naskrobać o oryginale – to nie jest film który można oglądać dla relaksu – więc teraz nadarza się doskonała okazja do recenzji porównawczej, której wyniku już się za pewne domyślacie, biorąc pod uwagę porcję jadu jaką zdążyłam już wylać na remake🙂

“Martyrs”, którego tytuł oznacza tyle co “męczennik” oraz “świadek” traktuje o pewnym zgromadzeniu fanatyków, chcących uzyskać wgląd w życie po śmierci. Chcą to oczywiście osiągnąć za życia, a zgodnie z ich teorią nic tak skutecznie nie prowadzi na granicę między życiem a śmiercią jak męczeństwo. Ostatecznie jak wspomniałam, męczennik to inaczej świadek, ale świadek czego? Tego właśnie chcą dowiedzieć się owi osobnicy.

martyrs

martyrs

Poznajemy ich dzięki jednej z ofiar ich zabiegów. Małej dziewczynce Lucie, która zostaje porwana w celu… zamęczenia. Zarówno początkowe sceny z oryginału jak i te z nieszczęsnego remake ukazują los małej Lucie po wydostaniu się z łap oprawców.

martyrs

martyrs

Oczywiście w wersji francuskiej Lucie po swoich przejściach wygląda znacznie gorzej. W wersji amerykańskiej ma jednego siniaka na twarzy. To dopiero hard core.

Następnie poznajemy jej relacje z poznaną w sierocińcu Anną. To właśnie przyjaciółka stanowi opokę dla straumatyzowanej dziewczynki, którą nawiedzają demony przeszłości i to ona będzie świadkiem tego jak z owymi demonami będzie się rozprawiać.

Lucie Wciąż widzi potwory i jak dowiemy się z dalszych wydarzeń w wersji oryginalnej filmu jest to konsekwencja przejścia przez pewien etap męczeństwa.

Lucie dorasta i jedyne czego chce to uwolnienie się do wspomnień. Ma jej w tym pomóc odnalezienie oprawców i wymierzenie im kary.

W scenach w domu szczęśliwej rodziny, której najstarsi członkowie dopuszczali się tych… eksperymentów pozornie nie różnią się w obydwu wersjach filmu. Pozornie, bo wersja francuska ma ostre pierdolnięcie. Kiedy Lucie wywala ze strzelby, ofiara niemal rozmazuje się na ścianie. W wersji amerykańskiej wystrzał przypomina raczej wystrzał z rewolweru i to o niewielkim kalibrze.

Podobnie wyglądają różnice w dalszej partii filmu. Wszyscy, którzy oglądali film Laugiera na pewno zapamiętali znalezisko z sali tortur martwych oprawców w osobie młodej kobiety, której próbuje pomóc przyjaciółka Lucie, Anna.

martyrs

Okaleczona postać wygląda makabrycznie. Tego nie da się po prostu opisać. Taki widok zrzuca z krzesła. W wersji amerykańskiej Anna znajduje w piwnicy małą dziewczynkę, której nawet włos z głowy nie spadł. Jeśli to miało kogoś zszokować to chyba tylko osoby, które nie widziały pierwotnej wersji wydarzeń. Dla mnie to było po prostu śmieszne.

Znaczące różnice fabularne rozpoczynają się z chwilą gdy Lucie po zamordowaniu oprawców postanawia targnąć się na swoje życie pozostawiając bezradną Annę. W wersji francuskiej robi to bardzo skutecznie, dzięki czemu reszta członków sekty, bo chyba tak można ich nazwać, nie ma szansy na powrót zaciągnąć ją do lochu i oskórować. Zamiast tego sędziwa dama przewodząca zgromadzeniu pierdolców bierze się za Annę.

W wersji oryginalnej będziemy teraz śledzić powolną, sukcesywną i postępującą drogę męczeństwa przyjaciółki Lucie. Dziewczyna jest poniewierana chyba na wszelkie możliwie sposoby z dużym naciskiem na upokorzenie. Na koniec widzimy ‘piękny’ obrazem kobiety, z której zdarto niemal każdy centymetr skóry.

martyrs

martyrs

Dla kontrastu w remake to Lucie na powrót staje się ofiarą i w stan agonalny wpędzają ją zadraśnięcia na dłoniach i chyba jedyny mocny element tortur, czyli zdarcie skóry z pleców. Męczeństwo w wersji amerykańskiej w każdym calu jest lajtowe.

Finał historii również różni się w obydwu wersjach i muszę to powiedzieć, amerykanie polecieli sobie “Dotykiem anioła”. żałość.

Możemy tu mówić o jakieś wersji ocenzurowanej pod względem brutalności. Taki pono był zamiar, ale czemu w związku z tym spłycono też przekaz, że tak powiem werbalny?

Oglądając obydwa filmy jeden po drugim (ja, w ramach dobrej woli, zaczęłam teraz od remake) zauważymy, że niektóre wypowiedzi bohaterów są niemal identyczne z tą różnicą, że w remake są mocno okrojone, jak np. rozmowa z przywódczynią.

W wersji francuskiej uzyskujemy dużo lepszy ogląd na sprawę męczenników. Wersja amerykańska zastępuje brutalność formy i treści jakimiś ganiankami po okolicy, dramatycznymi monologami i chaotycznym miotaniem się po wydzielonej przestrzeni.

Tak to właśnie wygląda. Amerykanie zabrali “Skazanym na strach”, cały strach, zabrali bardzo wiele, ale niestety nie dali nic w zamian.

Moja ocena:

Martyrs/ Skazani na strach (2008): 8/10

Martyrs (2015): 4/10

Poprostu chłopiec

The Boy (2015)

the boy

W małym motelu na odludziu mieszka dwuosobowa rodzina Hayley’ów, ojciec i dziewięcioletni syn, Ted. Wspólnie prowadzą przechodzący z pokolenia na pokolenie biznes, który z roku na rok coraz bardziej podupada.

Alienacja od otoczenia wcale nie sprzyja  rodzinnym więzom. Ted czuje się samotny, a z czasem ta samotność czyni niepowetowane straty w jego młodym umyśle.

“The Boy” jest niczym innym, jak relacją z narodzin szaleńca pokroju Normana Batesa i jego podobnym legendarnym antybohaterom.

Thriller “The Boy” stanowi rozwinięcie krótkometrażowego filmu na podstawie powieści, jego scenarzysty we współpracy z Clayem McLeod’em. Nie jest to dzieło, które powinno liczyć na większą popularność. Akcji w nim zero, a to co się dzieje ma wydźwięk mocno symboliczny i trzeba trochę namysłu i dużo cierpliwości by wychwycić z niego to, co twórcy mieli na myśli.

Tematyka młodocianych przestępców, of course, nie jest niczym nowym, bo takich filmów z cyklu ‘narodziny zła’ mieliśmy już sporo, jednak nigdy w takiej formie. Chociażby recenzowana przeze mnie niedawno “Córeczka” jest filmem z zupełnie innej bajki choć mówi o tym samym: samotność i lęk dziecka przed opuszczeniem doprowadzają go do zbrodni. Tak też się dzieje w przypadku tytułowego chłopca, Teda.

the boy

the boy

Mały Ted już raz został porzucony. Mamie nie odpowiadał styl życia Hayleyów, codzienna praca w motelu, nie przynoszącym dochodów i cierpki w obejściu małżonek, więc zwiała na Florydę, która od tej pory stała się dla małego Teda symbolem jakieś arkadii, do której należy dążyć.

Jego relacja z ojcem jest praktycznie żadna. Tata traktuje go raczej jako wspólnika w biznesie, czy podwładnego. To nic nadzwyczajnego jeśli chodzi o samotnych rodziców, ci często stawiają dziecko w roli partnera, czyniąc go współodpowiedzialnego za rodzinne decyzje i plany.
Problem w tym, że Ted nie ma nikogo innego, żadnego środowiska rówieśniczego jako odskoczni od domowych obowiązków, nikogo z kim mógłby porozmawiać.

Gości motelowych jest niewielu, ale jeden z nich staje się szansą dla młodego, przynajmniej on tak to widzi. Jeden z nielicznych przyjezdnych zaskarbia sobie sympatię chłopca i ten wierzy, że William zabierze go ze sobą. Młody chce uciec od samotności i wtłaczania go na siłę w dorosłość, od niepowodzeń dzielonych z ojcem i od gniewu, który w nim narasta.

Jeśli o gniewie mowa, to wkrada się on w scenariusz powoli. Jak to bywa u młodych psychopatów zaczyna się od znęcania nad zwierzętami, ale na eskalację, pięknie przedstawioną swoją drogą, musimy czekać do finału filmu.

I to jest spory ból, dla tych, którzy nie gustują w oszczędnych formach. Jest jednak coś, co różni film nudny od monotonnego. O “The Boy” można powiedzieć, że jest monotonny, ale na pewno nie że jest nudny. Jest w nim treść, o której spokojnie można rzec, że jest szokująca. Stagnacja jest tu środkiem wyrazu, za jej pomocą ukazana jest egzystencja chłopca, która zmierza jakby donikąd, tylko nagłe zrywy furii mogą coś tu zmienić i zmienią.

Spokojnie mogę pochwalić ten zamysł, bo osobiście lubię takie kino, ale na pewno nie będę nikomu wciskać, że przeżyje tu artystyczny wzlot, czy popuści z napięcia. Nic z tych rzeczy. To przemyślany film z pomysłem, który realizowany jest z precyzją i spokojem. Z dobrym aktorstwem i pięknymi, przygnębiającymi plenerami.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:5

Zaskoczenie:5

Zabawa:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

60/100

W skali brutalności:2/10