Archiwa tagu: vampire movies

Coś w szopie

Złe miejsce/ The Shed (2019)

Nastoletni Stan odkrywa, że w szopie na podwórku zagnieździło się coś niebezpiecznego. Stwór, kryjący się w mroku załatwia każdego kto wejdzie do jego kryjówki. Najpierw jest to pies, później dziadek Stana, pijak i awanturnik. Liczba ofiar zwiększa w miarę jak kolejne osoby wbrew ostrzeżeniom Stana wchodzą do starej szopy. Jego kolega Dommer idzie o krok dalej i sugeruje Stanowi, że powinien wykorzystać stwora jako maszynkę do likwidowania tych, którzy ich zdaniem powinni zostać zlikwidowani.

„The Shed” było jednym z tytułów jaki mogliście zobaczyć na ubiegłorocznym Halloweenowym maratonie w kinach Helios. Za scenariusz i reżyserie odpowiada jeden człowiek, którego nazwisko nic mi nie mówi. Seans ze „Złym miejscem” raczej nie wpłynie pozytywnie na ten stan rzeczy.

Mamy tu do czynienia z prostą historią. Nie wiadomo jak, nie wiadomo skąd, w szopie należącej do dziadka Stana zagnieżdża się krwiożerczy potwór. Kryje się w mroku i nie wychodzi na słońce, więc jego rodowód wskazuje na jeden dość popularny gatunek.

Stan, młody zbuntowany nastolatek patrzy jak stwór najpierw rozszarpuje psa, którym chciał go poszczuć, a później jego dziadka. Psa szkoda, dziadka trochę mniej. Stan jest przerażony i jedyne co mu przychodzi do głowy to zabicie szopy dechami by nikt więcej do niej nie wszedł. Na niewiele się to zda, bo ciekawskich nie brakuje, a dziwne zachowanie chłopaka sprowadza do niebezpiecznego miejsca tylko więcej osób.

Efekt końcowy każe mi podejrzewać, że scenariusz to ostatnia rzecz o jakiej myślał twórca pracując nad tym filmem. Dialogi są tak bzdurne, że nawet najlepsza obsada nie zdołałaby nic z nich wykrzesać. A obecna obsada zła nie jest. Szczególnie Jay Warren wypada nieźle w roli Stana, ale co z tego, jak wkłada mu się w usta teksty rodem z pseudo dokumentalnych dram?

Nie przeszkadzał mi mało wymyślny motyw przewodni filmu, myślę wręcz, że ta prostota niejako ratuje tą produkcję. Ze zgrozą myślę o tym co by z tego wyszło gdyby twórca musiał spisać scenariusz do bardziej złożonej historii. Tę i tak upraszcza jak się da, na każdym kroku stosując skróty i pominięcia. Aż dziwi mnie fakt, że nie kazał Stanowi spalić szopy zamykając fabułę po kwadransie;)

Niejaki powiew nadziei wprowadza na plan Dommer, który chce wykorzystać potencjał potwora, ale po załatwieniu w ten sposób jednego koleżki fabuła skręca w kolejną ślepą uliczkę. Do samego końca nie uświadczymy już nic wartego uwagi.

Filmidło liche z tego wyszło.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:4

45/100

W skali brutalności:1/10

Nosferatu, to ty?

Hanno cambiato faccia/ Zmiana oblicza (1971)

Szeregowy pracownik korporacji Nosferatu, Alberto Valle zostaje zaproszony przez swojego szefa, inżyniera Giovanniego Nosferatu do jego domu, willi położonej na kompletnym odludziu. Po drodze mężczyzna napotyka roznegliżowaną autostopowiczkę Laurę, która towarzyszy mu w dalszej podróży, cały czas starając się odwieźć go od pomysłu przyjęcia gościny inżyniera. Mimo tego Alberto wkrótce przekracza próg willi swojego chlebodawcy. Jest pod ogromnym wrażeniem zarówno samego domu jak i jego właściciela.

Klasyka miewa ciężko los. Każdy ją zna, przynajmniej w teoretycznych założeniach i każdy robi z nią co chce. Doczekaliśmy się nieskończenie wielu wariacji na temat takich utworów jak „Frankenstein„, czy „Dracula„. Są to bowiem szlagierowe tytuły. Niektóre są bardziej, inne mniej, udane. „Zmiana oblicza”, która wzięła na warsztat „Draculę” Brama Stockera wprowadziła mnie w osłupienie.

Większość z Was zmierzyła się już chyba, z nowym serialowym Draculą od Netflixa. Ja odpadłam po trzech odcinkach, nie chcąc wiedzieć jak dalej będzie przebiegać ta profanacja zwłok. Sięgając po „Zmianę oblicza”, w krótkim czasie po moim spotkaniu z Netflixowym „Draculą” nie miałam świadomości, że sięgam po kolejną wariację na jego temat. Wariację, która dla odmiany bardzo przyjemnie mnie zaskoczyła.

Tak popadłam w przedziwną konsternację widząc to przedziwne połączenie horroru gotyckiego z satyrą społeczną. Nie jest to znowuż pomysł taki ‚od radajca’, bo czasem mi się zdaje, że to właśnie horror wampiryczny jako pierwszy wysunął oskarżycielski palec w postawę konsumpcjonizmu.

Nie mniej jednak jak dotąd nie spotkałam się z tak dobitnym i symbiotycznym podejściem do obydwu zagadnień. Włoski Dracula, nie jest szlachcicem a przedsiębiorcą, korporacyjnym guru, który sprzedaje wszystko i każdemu. To jak bezgraniczny jest jego apetyt momentami ociera się o groteskę. Reklamy rodzinnego pakietu LSD dostępnego w sieci marketów Nosferatu chyba już nigdy nie zapomnę o_O

Klimat filmu jest nie mniej dziwaczny niż jego treść. Z jednej strony mamy do czynienia z niewątpliwą elegancją, zachęcającym szykiem odzwierciedlonym zarówno w postawie naszego inżyniera Nosferatu jak i we wnętrzu jego willi, robiącej przecież za zamek Draculi. Z drugiej strony w tym jasnym obliczu, wręcz wylizanych gładkościach  kryje się jakiś podstępny brud i ciemność.

Wszechobecna technologia, nieustannie deklamowane reklamy stanowią tu nowy rodzaj wampirzej hipnozy, nowy mesmeryzm, któremu poddawany jest bohater, Alberto. W miarę jak postępuje akcja jest coraz dziwniej i dziwniej. Bohater jest w pułapce, nie inaczej niż było to w oryginalnej historii.

O tak. Ten film to prawdziwa gratka i nie wiem jak wytłumaczyć sobie fakt, że nie zaskarbił sobie popularności.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:9

To coś:8

76/100

W skali brutalności: 1/10

Złodziej dusz, porywacz ciał

Lifechanger/ Złodziej dusz (2018)

Drew nie wie kim tak naprawdę jest. Od lata wciela się w kolejnych ludzi, bo tylko regularna wymiana ciała może mu zapewnić przetrwanie. Jego jedynym celem wydaje się zbliżenie się do pewnej kobiety, która każdego wieczoru przesiaduje samotnie nad kieliszkiem.

Dziwny film. Niby można go zaliczyć do kategorii vampire movies, ale jego bohater klasycznym wampirem nie jest. Posiada nadnaturalny talent, który pozwala mu na ‚przejmowanie żyć’. Sam proces owego przejęcia kojarzyć się może z czymś z kategorii sci-fi, ale to też nie jest do końca to. Utrudnia to nieco odbiór filmu, bo ciężko powiedzieć o czym tak naprawdę mówi, a jego finał ani myśli nam to wyjaśnić.

Fabuła ogranicza się do metafizycznych rozważań naszego dość anonimowego bohatera towarzyszącym kolejnym morderstwom.

Można powiedzieć, że nasz Drew ma coś z Hrabiego Draculi, który nie bacząc na nic dąży do połączenia z ukochaną. Jedynym co spędza mu sen z powiek to pytanie, czy gdy wyjawi jej swoje prawdziwe oblicze, ta zdoła go zaakceptować?

Swoją egzystencję ogranicza do walki o przetrwanie i tak też o nim mówi. To właśnie chęć przetrwania, właściwa wszystkim żywym organizmom stanowi usprawiedliwienie dla jego czynów.

Czy taka historia może się podobać? Jest w stanie zainteresować? Jeśli lubicie opowieści oparte na monologu głównego bohatera, to ten tym narracji może Wam przypaść do gustu, jednak nie wiem, czy sam pomysł wyjściowy jest wystarczająco atrakcyjny, żeby do siebie przekonać.

Zdecydowanie odradzam film wielbicielom wartkiej i efektownej akcji, komu zaś mogę polecić? Być może tym, którzy chcą spojrzeć na problematykę wampiryzmu od bardziej analitycznej strony aniżeli zażyć rozrywki.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa: 6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

52/100

W skali brutalności:1/10

Niebezpieczny związek

Mother, May I Sleep with Danger/ Mamo umieram z miłości (2016)


Młoda studentka literatury zakochuje się z wzajemnością w fotografce, Pearl. Niestety nad relacją obu dziewcząt ciążą czarne chmury. Matka Leah jest zdeterminowana żeby córka zakończyła szkodliwą relację. Leah nie daje wiary w to, że Pearl może być niebezpieczna zrzucając obawy matki na homofobię. Nie zdaje sobie sprawy, że jej ukochana jest wampirem.

Jedyne co spodobało mi się w tym filmie to, fragment dialogu pomiędzy Leah, a profesorem, w którym dziewczyna w ciekawy sposób interpretuje fenomen sagi „Zmierzch”. Nie sądziłam, że można o owym fenomenie rzec coś inteligentnego, a jednak.

Niestety zasoby inteligencji twórców na tym się skończyły. Co jest w tym wszystkim najzabawniejsze  całe filmowe przesłanie ogranicza się do próby wmówienia widzowi, że wampiry były złe, nie dlatego, że piły krewkę. Nie, ludzie ich nie lubili bo byli ukrytymi (Dracula), lub jawnymi (Carmilla) homoseksualistami.

mamo umieram z milosci

Produkcja, w której niezwykle aktywnie maczał palce aktor James Franco (jakoś nie lubię typa) nawiązuje do popularnego niegdyś nurtu horrorów wampirycznych , w których silnie podkreślano aspekt homoerotyzmu. Jednocześnie film jest remake obrazu z lat ’90, który z powyższymi nie miał nic wspólnego. Jakby tego było mało, ciesząc oko seansem z tą produkcją jesteśmy skazani na widok łamiącej wszelkie prawa fizyki naciągniętej twarzy Torii Spelling.

mamo umieram z milosci

To nie mogło się udać. I się nie udało. Szybko połapałam się o co idzie i zaczęłam podchodzić do tematu jak do pastiszu i chyba tylko to mnie uratowało.

Film jest naszpikowany niedorzecznymi dialogami, kanciastym aktorstwem i niedorobionymi efektami. Pomysł na całokształt jak zdążyłam pokątnie wspomnieć jest niewypałem okraszonym patosem („Nocne Wędrowniczki”, oh) i poważnie naciągniętym przesłaniem. Nie mam argumentów na plus, przykro mi.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

klimat:4

Napięcie:4

Zaskoczenie:4

Zabawa:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:4

Oryginalność:5

To coś:3

39/100

W skali brutalności:1/10

Prawdziwy wampir

The Transfiguration/ Przeobrażenie (2016)

przeobrażenie

Nastoletni Milo mieszka w getcie w Nowym Jorku, gdzie gangi złożone czarnoskórych obywateli trzęsą całą okolicą. Ale to wcale nie zdeklarowani przestępcy stanowią największe zagrożenie dla mieszkańców Queens.

Raz w miesiącu czternastoletni chłopaczek rusza na łowy by zamordować i wypić krew kolejnej ofiary. Milo wierzy, że jest wampirem. Wnikliwe studia na ten temat jakie przeprowadził czytając o wampiryzmie i taśmowo oglądając filmy na ten temat utwierdzają go w przekonaniu, że w tej legendzie jest ziarenko prawdy. Tym ziarnkiem jest jego przypadek.

„Przeobrażenie” stanowi obiecujący reżyserski debiut niejakiego Michaela O’Shea. Mężczyzna bardzo chciał nakręcić film ze swojego ulubionego nurtu: horroru, ale niski budżet jaki mógł przeznaczyć na tą operację sprawił, że mamy tu do czynienia z bardzo ciekawą hybryda gatunkową pozbawioną chwytów będącym znakiem rozpoznawczym współczesnych filmów z gatunku grozy.

Uczciwie mówiąc obraz bardziej kojarzy się z dramatem psychologicznym aniżeli horrorem – choć wykorzystuje wątki typowe dla tego drugiego. Tematem przewodnim filmu jest fascynacja wampiryzmem, jaka owładnęła nastoletnim Milo. Owładnęła na tyle by posunął się on do zabójstw z konsumpcji ludzkiej krwi.

Chłopaczek mieszka tylko ze starszym bratem. Jego ojciec zmarł po ciężkiej chorobie, a matka popełniła samobójstwo. Milo jest samotnikiem. Unika ludzi a oni unikają jego. Spędza czas na lekturze wampirycznych książek i oglądaniu filmów o tej samej tematyce. Często rozważa istotę wampiryzmu opierając się na własnym przykładzie.

Tak, chłopak wierzy, że jest wampirem, takim ‚realistycznym’, nie ubarwionym przez popkulturę. Dla większości widzów będzie oczywiste, że chłopak jest poważnie obłąkany i wymyślił sobie cały ten wampiryzm by uzasadnić własne żądze, ale z drugiej strony, widział kto wampira? Może prawdziwy wampir to właśnie takie chłopak z czarnej dzielnicy, który czuje potrzebę zabijania? Bez tej całej mistycznej otoczki.

przeobrażenie

W pewnym momencie Milo poznaje dziewczynę, nową sąsiadkę z którą nawiązuje relacje przyjacielsko seksualną. To z rozmów między nimi możemy dowiedzieć się więcej o Milo.

Jego ulubionym horrorem wampirycznym jest „Martin„. Pamiętacie „Martina”? Polecałam go kiedyś. Jest to także jeden z moich ulubionych filmów wampirycznych. Milo bardzo przypomina Martina. Myślę, że rzucając te i inne tytuły twórca filmu otwarcie przedstawia widzowi źródła własnych inspiracji.

Szkoda, że nie padł tu obraz „Uzależnienie„, również pasuje do konwencji wykorzystanej przez O’Shea. Nawiązań mamy tu sporo. Twórca pogrywa sobie z wampiryzmem jednocześnie budując na nim swoją opowieść.

Czy spodoba się ona fanom horrorów? Doprawdy nie wiem. Mnie przypadł do gustu, ale moje podejście do tematów tak ogranych jak zombie, wampiry czy duchy każe mi szukać czegoś co wyróżniałoby się na tle całej masy. Inni wolą ‚po staropolsku’.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

69/100

W skali brutalności:2/10

Portret wampira

Manhattan Undying (2014)

manhattan undying

Młody malarz, Max Garman dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory. Nie zamierza poddać się leczeniu więc, ma perspektywie parę tygodni życia. Postanawia wykorzystać ten czas na namalowanie nowego obrazu, który zwali wszystkich z nóg. Gdy szuka odpowiedniej modelki w jego mieszkaniu zjawia się tajemnicza piękność.

„Manhattan Undying” jest nietypowym vampire movie. Podobnie jak Tylko kochankowie przeżyją” skupia się na warstwie dramatycznej, uderza w bardziej filozoficzny aspekt problemu nieśmiertelności, niż w jego horrorowy wymiar.

Jego bohaterami jest para: umierający artysta i wampirzyca, która wysysa krew z mężczyzn w czasie miłosnych aktów.

Vivian przychodzi do Maxa by ten namalował jej portret. Nie zdradza mu swojej tożsamości, przyznaje jednak enigmatycznie, że nigdy nie widziała swojej twarzy. Portret rozwiązałby ten problem. Jak wiecie, te legendarne stworzenia nie mają lustrzanego odbicia, nie można ich sfotografować ani sfilmować.

Wstępny pomysł – bardzo ciekawy, ale co dalej? No właśnie, dalej mamy wielki znak zapytania.

Max przygotowuje się na śmierć, starając się naprawić swoje błędy. W między czasie wymienia poglądy z tajemniczą modelką.

Nie wiem, może po prostu poezja słowa tym razem do mnie nie trafiła, ale relacja tej dwójki nie wzbudziła mojej ciekawości, a z ich rozmów nie wiele dla mnie wynikało. Czekałam aż wreszcie zacznie ją malować i coś ruszy do przodu.

Tak się w końcu stało, ale finał historii nie przyniósł zachwytu. Liczyłam, że w chwili gdy zobaczę śmiertelne dzieło Maxa, zrozumiem o co w tym wszystkim szło. Obrazu nie zobaczyłam.

manhattan undying

Scenariusz filmu tak silnie skupia się na zbudowaniu atmosfery tajemnicy, że fabuła nie ma o co zahaczyć. Masa niedomówień nakazuje obrać najprostszą drogę interpretacji.

SPOILER: Wampirzyca zakochała się w malarzu. Dzięki uczuciu obydwoje poczuli, że żyją i w spokoju sobie zmarli. KONIEC SPOILERA.

Jeśli oto tyle hałasu, to mamy to do czynienia z przerostem ambicji twórcy, który zbudował pewną formę, dla w gruncie rzeczy lichej treści.

Być może film zainteresuje poszukiwaczy vampire movie, ale dla siebie wiele tu nie znalazłam.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:8

Napięcie:4

Zaskoczenie:4

Zabawa:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:4

50/100

W skali brutalności: 1/10

Złe bliźniaczki

Twins of evil (1971)

twins of evil

Bliźniaczki Maria i Frida zmuszone są przeprowadzić się z kolorowej Wenecji do ponurej mieściny w Anglii gdzie mieszka ich wuj i obecny opiekun, Gustav. Nastolatki z trudem akceptują nową sytuację. Maria jest przerażona rygoryzmem religijnym jaki rozsiewa wokół wuj, zaś Frida szybko opracowuje plan ucieczki z domu.

Frida jest zafascynowana właścicielem pobliskiego zamczyska hrabią Karnstein, ten z kolei chętnie przyjmuje pod dach młode niewiasty. Jego marzeniem jest zawarcie paktu z diabłem. Z kolei wuj Gustav jest osobą stojąca na straży kościelnych praw, nocami biega po lesie i pali na stosie co ładniejsze laski by w ten sposób pozbyć się szatana. Nie trudno się domyślić, że dwa tak odmienne charaktery czeka pojedynek.

„Twins of evil” jak na produkcję Hammera przystało opiera swoją jakość na groteskowej grozie. Nie zabraknie tu fantazyjnych wątków rodem z piekła, przeklętych wampirów i okazałych biustów. Seks i przemoc jest znakiem rozpoznawczym trylogii do której zalicza się „Twins of evil”. Głównym jej założeniem jest wykorzystanie motywu, który po raz pierwszy stworzył w swojej „Carmili” Le Fanu, mianowicie wampirzyc lesbijek. Czytałam „Carmile” i nie mogę się nadziwić jak Hammer potrafił sprowadzić do parteru prozę tej jakości, ale nie ważne.

Lesbijski wątek w „Twins of evil” jest lichy i praktycznie nie obecny, chyba że ktoś podejrzliwie patrzy na dwie biuściaste królewny śpiące w jednym łóżku.

twins of evil

Hammerowski świat rządzi się swoimi prawami i nie każdemu te prawa przypadną do gustu. Twórcy filmowi pozwalają by groteska przejmowała wodze nad scenariuszem przez co można odnieść wrażenie, że mamy tu do czynienia z parodią.

W tym przypadku parodią wątków takich jak satanizm, inkwizycja i wampiryzm. Pierwszą przejaskrawioną postacią jest wuj Gustav. W tej roli niezawodny Peter Cushing. Jak wspomniałam wuj Gustaw lubi ogniska. Z uwagi, że jest człowiekiem szlachetnych zawsze znajdzie czas by zaprosić na nie jakąś zbłąkaną niewiastę. Chcąc uchronić ją przed doszczętnym upadkiem pali jej nieczyste ciało i wyzwala nieśmiertelną duszę. Szybko możemy odgadnąć, że kryje się za tym seksualna frustracja. Jego pobratymcy są nie mniej zabawni.

twins of evil

Drugim śmiechowym bohaterem jest hrabia Karnstein, znudzony młodzian niestrudzenie poszukujący wrażeń. Gdy już zatapianie nosa w obfitych biustach znudziło go szczętu postanowił poszukać nowych inspiracji w satanizmie. Odpowiedzią na jego modły staje się wampiryzm. Koleżka bardziej kojarzył mi się z jakimś zblazowanym dandysem w stylu Doriana Gray’a niż z hrabim Draculą.

twins of evil

Na koniec mamy tytułowe bliźniaczki. Dwie biuściaste królewny zgarnięte wprost z rozkładówki Playboya z roku 1970. Dziewczyny odnajdują się w hammerowskiej estetyce znakomicie. Aktorkami wybitnymi nie są, ale ostatecznie nikt przed nimi nie stawiał wielkich oczekiwań, takie mam wrażenie. Jedna dobra, druga zła zgodnie z tradycyjnym motywem złego i dobrego sobowtóra.

Wiem, że trochę się nabijam, ale to wcale nie znaczy, że nie lubię tego filmu. Lubię go bardzo. Fajnie się go ogląda, ale raczej nie należy brać go za bardzo na serio, bo można się srodze rozczarować.

Jest tu wszystko czego potrzeba do dobrej zabawy. Fajne laski, obłąkane typy, trochę przemocy, znane i lubiane elementy świata horroru. Technicznie obraz jest dobry. Szczególną uwagę zwraca scenografia i kostiumy, dobrze dobrane do epoki.

Może nie każdemu, ale może się podobać.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

67/100

W skali brutalności:1/10

Ginący gatunek

The Last Man on Earth/ Ostatni człowiek na ziemi (1964)

last man on earth

Doktor Robert Morgan jest ostatnim człowiekiem na ziemi nie zarażonym śmiercionośnym wirusem. Żyje samotnie kryjąc się nocą w swoim domu, wychodząc za dnia by zgromadzić zapasy.

Każdy dzień jest taki sam. Nieskończenie samotny i pozbawiony nadziei. Jego żona i córka zmarły przed laty dotknięte chorobą, nad którą naukowcy w tym Robert Morgan nie zdołali zapanować. Od tamtej pory wszyscy ludzie na ziemi żyją nocą, niczym nietoperze. Stanowią zupełnie nowa rasę. Jak w takim świecie może przetrwać jeden zwyczajny człowiek?

last man on earth

Mój zamiar przeczytania książki Richarda Mathesona, na podstawie której powstał szereg ekranizacji w tym „Jestem legendą” 2007, „Człowiek omega” 1971, czy wreszcie „Ostatni człowiek na ziemi” 1964, wciąż odwleka się w czasie. Muszę w końcu nadrobić tę sprawę, bo już kończą mi się filmowe wariacje na jej temat.

„Ostatni człowiek na ziemi” pośród wszystkich produkcji opartych na powieści Mathesona budził we mnie największe nadzieje. Nie ukrywam, że przyczyną tego była rola Vincenta Price w filmie, ale też moje zamiłowanie do czarno białego kina. Dodatkowym plusem jest fakt, że autor książki współtworzył scenariusz toteż budzi nadzieję, a to, że jest to ekranizacja najbliższa literackiemu pierwowzorowi.

last man on earth

Początkowo prawa do filmu miały wpaść w ręce wytwórni Hammer i nie wiem, czy nie powinnam odżałować zmiany decyzji. Myślę ta historia w tak teatralnym wydaniu z jakim kojarzą mi się produkcje Hammera mogłaby nabrać większego rozpędu. Ale z drugiej strony, czy ona się do tego nadaje?

Z góry muszę przestrzec fanów tej historii, że sposób w jaki jest opowiadana w tym filmowym wydaniu nie wszystkich zadowoli. Nie chodzi mi tu o jakieś rażące mankamenty realizacyjne, lecz o tempo akcji. Jest tak ślamazarne, jak to tylko możliwe. Na lwią cześć całej opowieści składają się wewnętrzne monologi głównego bohatera. Tu nawet nie może sobie pogadać z psem, bo psi bohater, który doprowadził mnie do płaczu w „Jestem legendą” z 2007 roku tu pojawia się ledwie na moment.

Niejakie ożywienie pojawia się gdzieś w środkowej części obrazu, gdy wtrącone zostają pierwsze retrospekcje z życia Roberta przed wybuchem epidemii. Tu możemy poznać historię śmierci jego bliskich, a także jego naukowe próby zwalczenia choroby.

last man on earth

Niewielkich zrywów akcja doświadcza w chwilach, gdy pod domem bohatera pojawiają się zarażeni. Mamroczący coś do niego, próbujący sforsować drzwi. W tej wszechobecnej ciszy panującej w filmie takie drobne elementy z miejsca budzą popłoch.

last man on earth

Już u schyłku opowieści wprowadzona zostaje kobieca bohaterka, która przyczyni się do zguby bohatera. Tu też poznamy wreszcie naturę tych, których epidemia zmieniła w nocne stworzenia.

Jeśli znacie jedynie najnowsza wersję tej historii tj. „Jestem legendą” (2007) z pewności zdziwi Was sposób w jaki przedstawiona zostaje brać zarażonych. Wyglądają zupełnie normalnie, ich funkcjonowanie nie przypomina życia jakiś prymitywnych stworzeń, typu zombie. Stanowią coś na kształt sekty, która całkowicie zaakceptowała swoją przemianę, w pewien sposób umie nad nią zapanować, na tyle by nie skutkowała śmiercią.  Gloryfikują siebie, a w naszym bohaterze, ostatnim ocalałym, widzą zagrożenie dla swojego gatunku. Są jak ugrupowanie chcące przejąc władzę nad światem.

last man on earth

Następuje tu całkowite odwrócenie starego sposobu pojmowania kategorii chory i zdrowy. To Robert jest chory, to on zagraża, to on zabija. Wszystko przedstawione jest bardzo kategorycznie i prosto.

Względem realizacji nie mam żadnych zarzutów, jeśli o mnie chodzi wolne tempo akcji doskonale podkreśla status tej opowieści, jest powolna jak agonia.

Ekspresja Vincenta Price’a, nieliczne emocjonalne wybuchy na jakie mu tu pozwolono trochę ożywiają fabułę, ale nie na tyle byśmy mogli zinterpretować to jako coś w rodzaju woli walki i życia. Mamy tu bohatera, który żyje bo musi, doświadczył już wystarczająco rozczarowań by pozwolić sobie na odpuszczenie sprawy. Zakończenie filmu mimo pewnego tragizmu jest po prostu dopełnieniem tego co konieczne.

Każdego dnia na świecie bezpowrotnie ginie jeden gatunek i nikt nie zwraca na to uwagi, czemu człowiek miałby oczekiwać jakiego specjalnego traktowania w tym względzie?

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:0/10

Krew obcego

The Stranger (2014)

stranger

Samotny tułacz Martin wraca do małego kanadyjskiego miasteczka, gdzie mieszkał niegdyś z żoną, Aną. Pragnie odszukać kobietę, ale zamiast pomocy od miejscowych otrzymuje cięgi. Trzech mężczyzn, w tym syn miejscowego policjanta, Caleb, dotkliwie biją Martina. Świadkiem zajścia jest nastoletni graficiarz, Peter. To on zabiera ledwie żywego Martina do swojego domu i udziela mu pomocy. Ojciec Caleba jest mocno wkurzony tym, że Peter wtrącił się w sprawę pobicia, zaś Caleb jest rządny zemsty na małolacie.

„The Stranger” jest straszakiem wyreżyserowanym przez niedoświadczonego twórce, którego pod swoje producenckie skrzydła wziął sam Eli Roth. Bardzo cieszy mnie postawa Rotha, to, że daje szanse młodym talentom i wspiera ich działania. W przypadku Gulliermo Amoedo nie jest to współpraca jednorazowa, bo Chilijczyk napisał scenariusz do najnowszego filmu Rotha, którego możemy się spodziewać w tym roku.

„The Stranger” , podobnie jak „Late phases” bierze na warsztat bardzo pospolity horrorowy motyw. W „Late…” było to wilkołactwo, tu spokojnie możemy mówić o wampiryzmie, choć, co ciekawe, ‚ta przypadłość”, która trawi głównego bohatera (Martina) ani razu nie jest nazwana po imieniu.

stranger

Pierwsze filmowe sceny, w których widzimy jak Ana z twarzą umazaną krwią pochyla się nad ledwie żywą kobietą dość czytelnie daje nam znać, że temat pożywiania się ludzką krwią jest tu naczelnym motywem.

Później, gdy akcja przenosi się o kilkanaście lat do przodu, a poturbowany Martin znajduje się w domu Petera mamy do czynienia z kolejną przesłanką. Martin mówi swoim wybawcom, by nie dotykali jego krwi, że mogą się czymś zarazić. Zachowuje się przy tym bardzo agresywnie, że już nie wspomnę o tym, że gardzi wszelkimi napojami za to ochoczo pożywia się kotem Petera.

Podobnie jak we wspomnianym „Late…” wątek nadprzyrodzony stoi w cieniu warstwy dramatycznej obrazu. W mniejszym stopniu, ale jednak.

Mamy tu obraz niewielkiej społeczności, gdzie niektórzy mogą pozwolić sobie na więcej (Caleb i jego przyboczni), a inni są zaszczuci i wykluczeni (Martin i jego żona), jeszcze inni podejmują walkę z niesprawiedliwością i płacą za to wysoką cenę (Peter).

stranger

Fabula skupia się na konflikcie, który zaczyna się od pobicia, a kończy … kończy się eskalacją przemocy.

Caleb nie odpuści Peterowi, ale w obronie chłopca staje Martin. Scena, w której dochodzi do konfrontacji jest jedną z nielicznych nacechowanych brutalnością. Oczywiście pojawia się ich trochę, ale tak jak wspomniałam warstwa dramatyczna jest tu bardziej eksponowana niż sceny podpaleń, czy konsumpcji ludzkiej krwi. Można by to uznać za plus, gdyby nie fakt, że nie do końca przekonała mnie ta historia. Mówiąc szczerze trochę się nudziłam. Niedomówień jest tu nieco za dużo, niektóre istotne wątki są przedstawione bardzo pobieżnie.  Brakowało mi tez klimatu grozy, takiego z prawdziwego zdarzenia.

stranger

Hybrydy gatunkowe nie zawsze się udają, ale mimo wszytko cieszę się, że ktoś podejmuje próby wyjścia po za schemat. Pytanie tylko, czy motyw wampira nieszczęśnika nie staje się aby nowym schematem w gatunku?

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

klimat:6

Napięcie:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:5

Aktorstwo:7

Walory techniczne:7

Oryginalność:6

To coś:5

57/100

W skali brutalności:2/10

Niebanalna historia banalna

Istota z ciemności/ From the Dark (2014)

from the dark

Sarah i Mark wybierają się na wieś. Wypoczynek rozpoczyna się od niefortunnego wypadku w wyniku, którego ich auto grzęźnie w błocie. Mark walecznie rusza w poszukiwaniu oznak cywilizacji i tak natrafia na dom pewnego mężczyzny. Facet wygląda jakby zaatakowało go jakieś wściekłe zwierzę. Ale nie o zwierzęciu tu mowa, a o czymś nadnaturalnym.

Kolejny film o wampirach. Teraz powinnam wyrazić swoje zniesmaczenie tym wtórym pomysłem, ale tak nie zrobię i to z kilku powodów.

Historia może nie należy do oryginalnych, ba, na pewno nie jest oryginalna, bo chyba po opisie fabuły każdy domyślił się już, co za chwilę stanie się z pogryzionym farmerem i co w związku z tym czeka Marka i jego dziewczynę. Pomysł na fabułę jest więc wtórny i niewyróżniająca się. Co więc oferuje nam film?

Pierwsza rzeczą jaka zwraca uwagę to wykonanie filmowych zdjęć. Owszem przyczynia się do tego sceneria, czyli irlandzka wieś obrana na filmowy plan, ale nie można odmówić kadrom artyzmu, jaki spotykać można w klasycznych vampire movie, jak „Nosferatu” ’22 czy „Vampyr ’31. Co więcej nie są to akcje jednorazowe, bo towarzyszący takim scenom nastrój utrzymuje się przez większość filmu.

Conor McMahon nie poświęca na swoje filmy ogromnego budżetu nie może więc nadużywać dobrodziejstwa efektów komputerowych. W zasadzie mamy tu do czynienia tylko z jedną taką sceną, w chwili gdy spopielone przez światło ciało farmera zaczyna się rozpadać. Jednak przez większość czasu reżyser dla uzyskania efektu niesamowitości używa gry światła i cienia, czy osnuwa kadr lekką mgłą.Nawet sama postać antagonisty zazwyczaj skryta jest mroku i widzimy zaledwie kontur postaci.

from the dark

Kiedy na arenę wkracza istota, która przyczyniła się do śmierci farmera mamy bardzo czytelny ukłon w stronę kina ekspresjonistycznego, taki hołd złożony starym wampirom, które nie świecą na diamentowo, a ich wygląd jest daleki od piękna. Tytułowa istota z ciemności wygląda jak Graf Orlok. Jest nienaturalnie smukła i wysoka, ma przerośniętą czaszkę i długi rozcapierzone palce. Doznałam szoku, gdy to zobaczyłam. A był to szok bardzo przyjemny.

from the dark

Zachowanie równowagi między dynamiczną akcją, która musi się rozwijać i dostarczać widzowi emocji, a zachowaniem ponurego nastroju  jest dość trudne i nie wiem, czy każdemu widzowi spodoba się takie połączenie, w takim kształcie jak podaje nam reżyser.

from the dark

Dla mnie ten banalny film jest w jakiś sposób niebanalny. Kupił mnie postacią wampira, co jest bezdyskusyjne, ale fakt jest taki, że McMahon w każdym swoim filmie używa jakiegoś wyświechtanego pomysłu i opowiada go na swój sposób, czyniąc tym samym z banału coś wyróżniającego się. Nie wiem, czy ktoś z Was miał okazje oglądać jego wariacje na temat zombizmu w „Martwym mięsie”, ale ja jego krowy zombie zapamiętam chyba do śmierci. Jego dziełem jest też opowieść o klaunie w horrorze „Szwy„, który bardzo przypadł mi do gustu choć publika raczej nie reagowała zbyt entuzjastycznie. Przypuszczam, że podobnie będzie w przypadku „Istoty z ciemności”, ale walić to, mnie się podobał.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:6

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

66/100

W skali brutalności:2/10