Archiwa tagu: zombie movie

Powinniśmy nie żyć

The Dark/ Mrok (2018)

mrok

Ścigany przez policję uciekinier Josef szuka schronienia w najmroczniejszym zakątku lasu zwanym Diabelskim Leżem. Znajduje tam, jak się zdaje opuszczony, dom, omijany przez miejscowych jako miejsce gdzie można stracić życie.

Mężczyzna zostaje zaatakowany przez jedynego lokatora domu, nastoletnią dziewczynę, która z niebywałą zwinnością powala dorosłego faceta i zabija go.

Pozbywszy się nieproszonego gościa odrywa, że nie przyjechał on sam. W jego samochodzie znajduje swojego rówieśnika, okaleczonego chłopaka imieniem Alex.

Gdy pierwszy raz obił mi się o uszy tytuł  filmu Justina Lange skojarzyłam go jako zombie movie z rodzaju tych bardziej nietypowych. W komentarzach widzów pojawiały się porównania do „Pozwól mi wejść„, czy „Wiecznie żywy”. Ja bym dorzuciła jeszcze film o blondynce prowadzącej zombiaka przez pustynie, jaki to był tytuł? Hym…”It Stains the sands red

Jednak zanim zabrałam się za seans wszelkie informacje na temat produkcji zdążyły mi wywietrzeć z głowy toteż nie pokapowałam od razu, że główną bohaterką filmu jest dziewczynka zombie.

mrok

Wzięłam ją raczej za zmaltretowaną dzikuskę, którą przeżyła co okropnego i żyje teraz z dala od cywilizacji swoją egzystencję sprowadzając do poziomu zwierzęcia.Wspominam o tym, bo wiem, że niejako zmieniło to moje postrzeganie tej historii. Mimo, że w każdym filmowym opisie trąbią o tym, że Mina to zombie i mamy tu do czynienia z zombie movie to jeśli zapomnicie o tym małym elemencie łatwiej będzie Wam wychwycić metaforyczne znaczenie tej opowieści.

Fabuła filmu ma sporo do zaoferowania. Nie jest to obraz  z rodzaju tych boleśnie standardowych. Dobór wątków jest ciekawy. Co wśród nich znajdziemy?

Oczywiście motyw żywego trupa. Dziewczyny, która umarła, a o tragicznych okolicznościach jej śmierci dowiemy się z migawek jej wspomnień. Dlaczego dziewczyna wróciła do żywych? Jak to się stało? Czy faktycznie umarła? SPOILER: Szczerze mówiąc jeśli żywienie się ludzkim mięsem uznać jako objaw traumy, a nadzwyczajną sprawność dziewczyny przypisać umiejętnością wytrenowanym w czasie samotnej egzystencji w środku lasu czy nie mogłaby być zwyczajną małolatką, którą zabito nie do końca skutecznie? Może wcale nie jest zombie. Nie jest potworem? Scena finałowa w czasie której widzimy ją jako normalną, nieokaleczoną dziewczynę może być równie dobrze dowodem na to kim była w rzeczywistości. Chyba, że skorzystamy z teorii podsuniętej przez twórców „Wiecznie żywy”, gdzie odzyskanie ludzkich uczuć sprawia, że zombie na powrót staje się człowiekiem. Ja jednak wolę swoją wersję;) KONIEC SPOILERA.

mrok

Bardzo ciekawie prezentuje się też motyw porwanego chłopca, którego Mina znajduje w samochodzie Josefa. Dzieciak był przetrzymywany przez starszego mężczyznę nie wiadomo przez jak długi czas. Celów przyświecającym oprawcy możemy się tylko domyślać. Josef okaleczył dzieciaka, wypalił mu oczy w ramach kary za niesubordynację. Wszystkiego tego dowiadujemy się przysłuchując się rozmowom między Miną a Alexem. Mogę jeszcze dodać, że mamy tu do czynienia z bardzo ciekawie przedstawionym obrazem syndromu sztokholmskiego jaki wytworzył się u porwanego chłopaka.

I wreszcie sam motyw relacji łączącej tą dwójkę. Potworna dziewczyna i ślepy chłopiec. Mina zaprzyjaźnia się nim, a przynajmniej tak można nazwać instynkt opiekuńczy jaki wzbudził w niej chłopak. Czemu go nie zabiła jak wszystkich innych? Może było jej go szkoda, a może chodziło o to, że chłopak nie zdawał sobie sprawy z tego kim jest dziewczyna? Nie widział jej okaleczonego oblicza, nie widział jak bezwzględnie zabija i pożywia się ludzkim mięsem?

mrok

No, ale gdzie w tym wszystkim horror? A wszędzie i na każdym kroku. Sceny morderstw, charakteryzacja bohaterów, scenografia i leśne, stosownie ponure plenery. Myślę, że film może zainteresować większość widzów tolerującej obecność wątków dramatycznych w horrorach, tylko wielbiciele czystości gatunkowej mogą kręcić nosem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat: 8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:2/10

Zombie da się lubić

It Stains the Sands Red (2016)

it stains the sands

Striptizerka Molly i jej facet Nick są w drodze na małe lotnisko umiejscowione na pustynnym odludziu, gdy ich auto zakopuje się na piaszczystym poboczu. Młodzi planują uciec z ogarniętych przez zarazę zombizmu Stanów do słonecznego Meksyku, ale wygląda na to, że ich plan się nie powiedzie. W czasie próby wydostania się z patowej sytuacji Nick zostaje zaatakowany przez zombie, a przerażona Molly ucieka w głąb pustyni. Dziewczyna zamierza przejść pięćdziesiąt kilometrów na piechotę i to stara się uczynić, ale w ślad za nią podąża nieustępliwy, samotny zombiak.

Jak wiecie, mam raczej kiepskie zdanie o współczesnych zombie movie, jednakże od czasu do czasu, z braku lepszych filmowych ofert zdarza mi się na jakiś zerknąć. Tak było w przypadku obrazu Colina Minihana.

Ku mej uciesze zamiast kolejnej nawalanki dzielnych ocalonych z hordami wygłodniałych potworów dostałam humorystyczną acz niepozbawioną dramatyzmu opowieść o zaćpanej lali, która bieży na szczudłach przez pustynie a za nią jak chihuahua drepcze smutny zombiak.

it stains the sands

it stains the sands

Horroru to po prawdzie niewiele, ale skoro i tak mało który współczesny horror jest w stanie mnie przestraszyć, ograniczenie wysiłków w tę stronę szczególnie i nie wadzi.

Scenariusz jest bardzo pomysłowy, przewrotny i chwytliwy. Rozwaliła mnie scena z tamponem i to konkretnie, ale nie jest to odosobniony smaczek, bo cały koloryt filmu jest usiany podobnymi kwiatkami.

Mamy tu w zasadzie dwóch bohaterów, Molly i jej zombiaka, który choć nie jest w stanie jej dogonić i zaatakować twardo brnie jej śladem. Jest to przyczyną wielu czasem zabawnych, jak ta z tamponem, czasem dramatycznych scen, a relacja tej dwójki, bo można tu mówić o relacji zacieśnia się z każdym kilometrem. Może to jakiś rodzaj syndromu sztoholmskiego, albo ‚zespół Wilsona’ („Cast Away”), ale rozwój wydarzeń powala na łopatki.

it stains the sands

Ja wiem, nie wszyscy uznają to za fajniackie i wdechowe. Jakiś smutas powie, że nie tak powinien wyglądać zombie movie, ale ja już doprawdy rzygam tymi pomiotami  „Walkimg dead” i każda innowacja jest dla mnie na wagę złota.

W zasadzie wszystkie aspekty tej produkcji przypadły mi do gustu może nawet i do serca. Odtwórcy głównych ról, sceneria, zdjęcia, dialogi – a w zasadzie monologi. Jedyne co mi wadzi to finał, moim zdaniem fabuła powinna urwać się na lotnisku i nie brnąć dalej, ale cóż, nie ma ideałów. Jestem bardzo rada, że dałam mu szanse, bo okazuje się, że zombie da się lubić.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:10

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:9

To coś:8

69/100

W skali brutalności:3/10

Sama

Here Alone (2016)

here alone

Po wybuchu śmiercionośnej epidemii Anna znalazła schronienie w lesie z dala od cywilizacji. Kryjąc się przed ofiarami choroby prowadzi egzystencje skupioną na przetrwaniu. Pewnego dnia znajduje dwoje ocalałych, Olivię i jej niedoszłego ojczyma Chrisa.

„Here Alone” to kolejna próba stworzenia ambitnego, minimalistycznego zombie movie. Nie uświadczymy tu więc tego, z czym zwykł kojarzyć się ten podgatunek: wartkiej akcji i krwawych momentów.

Gotowa jestem jestem nawet podważyć przynależność tego obrazu do świata horroru,czy nawet thrillera, bo grozy też tu nie ma. To bardziej dołujący, nudnawy dramat, w który niewiele nam przekazuje.

Fabuła skupia się na relacji Anny z Chrisem i Olivią i kłopotów z niej wynikających.

here alone

Nie chodzi tu tylko kwestie różnych zapatrywań na przetrwanie. Wątek byłby nawet ciekawy, gdyby zarysować go trochę wyraźniej. Niestety wszytko jest tu bardzo ostrożne i przez to trąci nijakością.

Bieżące wydarzenia przeplatane są retrospekcjami z życia Anny tuż po wybuchu epidemii, gdy miała jeszcze u boku męża i maleńkie dziecko.

here alone

Akcja toczy się niespiesznie, bez konkretnego kierunku i nim się obejrzymy dobiegnie końca w równie niewyraźny sposób.

Jedynym wyraźnym plusem produkcji jest dobór plenerów, dzięki czemu mamy tu całkiem udane zdjęcia

Nie wiem nawet komu mogłabym polecić ten film. Wątpię by zadowolił apetyty fanów zombie movie i nie sądzę też bym fani kina bardziej stonowanego docenili ambicje twórców.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

Czy na pewno ostatni?

Resident Evil: The Final Chapter/ Resident evil: Ostatni rozdział (2016)

resident evil

Od ponad dekady ziemię i ludzkość wyniszcza zaraza, która za sprawą wirusa T, zmienia ludzi w zombie. Alice, samotna mścicielka od dawna próbuje zadać korporacji Umbrella ostateczny cios. Jednak mimo nadprzyrodzonych umiejętności jest to walka Dawida z Goliatem.

Gdy Alice rozprawia się kolejnymi zmutowanymi stworami na terenie Waszyngtonu zostaje namierzona przez Czerwoną Królową, sztuczną inteligencją sprawującą kontrole nad Ulem, siedzibą Ubrelli. Czerwona Królowa składa Alice propozycję nie do odrzucenia: chce jej pomóc w zabiciu szalonego doktora Isaack’sa i zdobyciu antidotum.

Względnie dobre zdanie o serii „Resident Evil” straciłam jakieś dwa filmy temu. Postapokaliptyczną ‚trójkę’ uznałam więc za ostatni dobry obraz Andersona. Po obejrzeniu „Afterlife” i „Retrybucji”, obrazów kompletnie pozbawionych fabuły, nie mówiąc już o logicznej fabule, byłam tak wkurzona na twórców, że wcale a wcale nie miałam ochoty sięgać po kolejna odsłonę serii. Zrobiłam to jednak, ponieważ przyobiecano mi, że jest to zakończenie tematu, ostatni film z pod szyldu Residen Evil.

resident evil

Co do tego, że jest to już ostatnia część mam pewne wątpliwości, bo po raz kolejny mamy do czynienia z otwartym zakończeniem, jakby reżyser zostawiał sobie awaryjną furtkę – a nóż ktoś będzie chciał kontynuacji?

Nie nie chcemy, ja nie chce, uważam, że otwarte zakończenie było zbędne i zaszkodziło temu co z mozołem, jak wielkim mogę się tylko domyślić, udało się twórcy zbudować w toku fabularnej historii „Ostatniego rozdziału”.

Byłam tak zaskoczona obecnością ‚fabuły’, że przyjęłam ją bez sprzeciwu. Warstwa dramatyczna w serii „Resident evil” zawsze boleśnie kulała i toczyła nierówny bój o pierwszeństwo z efektami specjalnymi, które to zwykle przejmowały kontrolę nad językiem filmu.

O tym, że tym razem będzie lepiej przekonałam się już na początku seansu, kiedy to pojawia się dłuższy narracyjny monolog będący po trosze streszczeniem po trosze wyjaśnieniem dotychczasowych filmowych zdarzeń. Dawno nie spotkałam tak złożonych i długich zdań w „Residentach”:)

Po tym zaskakującym elemencie wracamy na stary tor zdarzeń. Alice się pojedynkuje, wojuje, coś wybucha, ktoś traci kończynę. Pojawia się grupa ocalałych, która przycupnęła w Raccoon City i którymi nie warto poświęcać większej uwagi. To chyba ten rodzaj postaci tak zniechęca mnie do wszelkich zombie movie.

resident evil

Kiedy już przebrniemy przez wartko toczącą się typowo residentową akcje przechodzimy do finału. A tu drodzy Państwo niespodzianek co nie miara. Większość widzów krzyczy w internetach, że wcale ich to nie zaskoczyło, ale mnie i owszem. Uważam, że scenariusz w tym momencie wzbił się na poziom do tej pory nie osiągalny dla serii. Wiem jak to brzmi, ale mimo iż w pewien sposób szanuje tą serię, to nie mam  najlepszego zdania o kondycji umysłowej jej twórców. To co w innym filmie było by banalnym pierdnięciem tu było czymś iście zachwycającym.

Obawiam się, że po tym szczytowaniu Andersonowi i reszcie ekipy nie starczy już wyobraźni na następny choć odrobinę sensowny scenariusz i w duchu modlę się by „Ostatni rozdział” faktycznie był ostatni, bo inaczej bezwzględnie czeka nas powtórka z „Afterlife” i „Retrybucji”, albo jeszcze gorzej.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:6

51/100

W skali brutalności:2/10

Puszka Pandory

The Girl with All the Gifts (2016)

pandora

W bazie wojskowej grupa mundurowych i naukowców przetrzymuje gromadę dzieci. Wśród nich jest Melanie, niezwykle rezolutna i uczynna dziewczynka, ale podobnie jak reszta dzieciarni ma w sobie coś co przeraża. Pewnego dnia gdy dziewczynka zostaje zabrana do laboratorium baza zostaje zaatakowana przez hordę zombie.

Tak, tak, kolejny horror o zombie. Miałam go nawet nie ruszać, ale internety krzyczały, że podchodzi do tematu przewodniego w sposób niezwykle nowatorki. Jeżeli tym novum ma być wątek: grzyb zamiast wirusa, to niewielkie urozmaicenie jak na mój gust. A może próba pozyskania antidotum? Nie, to też już było. Nie wiem gdzie te nowości. Jak dla mnie mamy tu nic innego jak kolejne żywe trupy i grupę ocalałych. I jest dziewczynka, tak dziewczynka jest dość ciekawym elementem tego filmu, ale nie zdradzę Wam dlaczego, bo to jedyna innowacja w tym filmie.

pandora

Scenariusz obrazu powstał w oparciu o powieść Mike’a Carey’a wydanej w Polsce pod tytułem „Pandora”. Domyślacie się pewnie, że osiągnęła nie mały sukces skoro możemy obejrzeć jej ekranizacje.

Sam film, jak mówiłam, nie jest w gruncie rzeczy niczym nowym jeśli chodzi o pospolite zombie movie. Ten sam ograny motyw, bliźniaczo podobne sceny ataków hord wygłodniałych, zarażonych poprzez ugryzienie z bardzo krótkim czasem inkubacji  – zważywszy na to, że nie mamy tu do czynienia z wirusem a z grzybem.

pandora

Z mojej strony nie będzie więc żadnego zachwytu, choć nie powiem bym wynudziła się na tym filmie bardziej niż na innych opowieściach o zombiakach. Dałabym plusa za sympatyczną główną bohaterkę, ale po tym jak zjadła kota straciłam do niej całą sympatię.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności:3/10

Zombie po duńsku

Sorgenfri aka What we become (2015)

sorgefri

W urokliwym miasteczku Sorgenfri w Danii mieszka czteroosobowa rodzina Johanssonów. Wiodą idylliczne życie do chwili, gdy na światło dzienne wychodzi informacja o szerzącej się dokoła epidemii nieznanej choroby. Wkrótce miasto zostaje objęte kwarantanną a chcące zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa władze decydują się na radykalne kroki.

Nie ukrywam, że z ochotą sięgam po horrory pochodzące z mniej popularnych źródeł. Na Duńczykach do tej pory się nie zawiodłam, choć widziałam za mało filmów ich produkcji by uznać to za stałą tendencję. Dlatego też sięgnęłam po „Sorgenfri” mimo, że  zombie movie zbrzydły mi niemożebnie. Ostatnio przełamałam się dla Koreańczyków i ich „Pociągu do Puusan” co okazało się bardzo dobrą decyzją. Jak było w przypadku Duńczyków?

Ano, trochę nijak. Nie da się ukryć, że europejskie kino cechuje większy minimalizm niż produkcje made in Hollywood, ale w przypadku tej produkcji film o zombie okazał się… tylko filmem o zombie.

sorgefri

Nie był wyładowany zawrotnie prędką akcją i spektakularnymi scenami, ale też nie oferował wiele w zamian. Fabuła „Sorgenfri” jest w gruncie rzeczy silnie oparta na schemacie. Bohaterzy postawieni wobec dramatycznej sytuacji nie unikają ani jednego ze standardowych błędów jakie zwykły czynić ich hollywoodzkie odpowiedniki. Tak, trzymają w domu zwłoki, które wkrótce zmienią się w krwiożerczego potwora. Tak, liczą, że ugryzienie nie skończy się śmiercią. W obliczu śmierci hormony buzują, a rozum zanika. Trochę mnie to już znudziło. Wąskie pole działania jakie mają do dyspozycji bohaterzy powinno plusować na rzecz klaustrofobicznego klimatu, jednak wcale nie odebrałam tego w ten sposób.

Nie działo się tu nic czego nie widzieliśmy już sto razy. Jeśli więc lubujecie się we współczesnych zombie movie, będziecie mieli okazję zobaczyć to po raz sto pierwszy.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

50/100

W skali brutalności:2/10

Zombie po azjatycku

Boo-san-haeng/Pociąg do Busan (2015)

pociag do busan

Seok-woo odnoszący sukcesy finansista spędza weekend z mała córeczką, Soo-an. Niestety jest zbyt pochłonięty swoimi sprawami by zadowolić dziecko. Mała kategorycznie żąda by odwiózł ją do matki. Tak też się dzieje. Ojciec i córka wsiadają do pociągu. Wtedy zaczyna się małe piekiełko. Jedna z pasażerek pociągu jest poważnie chora, wkrótce umiera, a jej zwłoki ożywają w stylu klasycznym dla ofiar zombizmu. Wkrótce coraz więcej pasażerów zmienia się w rządne krwi bestie. Grupka ocalałych musi dostać się do bezpiecznej strefy.

Oglądałam już koreański zombie movie? Nie, chyba nie. Może dlatego, że ogólnie stronię od filmów o takiej tematyce. Współczesne zombie nie bardzo mnie kręcą to też po tym filmie spodziewałam się raczej lichych wrażeń, choć z drugiej strony, jest to produkcja koreańska. Dałam szansę, nie żałuję.

Już od dawna żadne współczesny zombie movie nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Prawda, że więcej tu kina akcji niż horroru, a to też nie jest dla mnie preferowany gatunek. A jednak. A jednak zafundował mi szeroki wachlarz wrażeń. Nawet się popłakałam. No nic.

pociag do busan

Fabuła jak widzicie, nie wygląda na oryginalną i jej szkielet też taki nie jest. Bardzo przypomina World War Z” jeśli chodzi o podstawowe elementy, ale o wile lepiej zrobiony. Hollywood może Koreańczykom buty czyścić swoimi efektami.

Ten film to nieustanna, wartka i emocjonująca akcja. Siedziałam jak na szpilkach i nie mogłam się ogarnąć. Przestojów nie mamy tu praktycznie wcale, co więcej twórcy oferują nam coraz to mocniejsze sceny. Scenariusz niby prosty, niby schematyczny, a jednak chwyta za gardło i trzyma mocno. Bohaterzy są  ‚jacyś’ i ta jakość przekłada się na emocje jakie budzi śledzenie ich poczynać. Nie brakuje tu dramatycznych momentów, czasami jest sentymentalnie, ale nie jest to tani amerykański sentymentalizm z przemówieniami prezydentów i powiewającymi flagami. Nikt tu nie zbawia świata. Każdy ratuje własną skórę, na swój własny sposób. Jest w tym jakieś przesłanie, bez słodzenia i biadolenia. 

pociag do busan

Film trwa dosyć długo, ale jest wyładowany akcją po sufit i nikt nie będzie się nudził oglądając go. Ma wszytko co powinien mieć, i tak naprawdę każdy jego element spisuje się na medal. Wygląda na to, że zachwalam współczesny film o zombie, co Ci Koreańczycy ze mną robią?

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

klimat:8

Napięcie:10

Zabawa:10

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:8

77/100

W skali brutalności:2/10

Romantyczny zombie movie

Pride and Prejudice and Zombies/ Duma i uprzedzenie i zombi (2016)

duma i uprzedznie i zombie

W Hertfordshire szaleje epidemia zmieniająca ludzi w zombie. Siostry Bennet w codziennej potyczce z potworami znajdują jednak czas na miłosne perypetie. Wszystko byłby jak w romantycznym świecie Jane Austen, gdyby nie zombie…

Powiem szczerze, nie chciałam oglądać tego filmu. Pomysł na połączenie klasyki XIX wiecznej literatury romantycznej z konwencją horroru z bardzo współczesnym ujęciem motywu zombie wydał mi się durny już w chwili, gdy usłyszałam o publikacji książki na podstawie której powstał ten film.

Doprawdy nie wiem skąd biorą się te poronione pomysły, „Abraham Lincoln łowca wampirów, „Jerzy Waszyngton kontra zombie”, obawiam się kto zostanie ośmieszony w następnej kolejności.

duma i uprzedznie i zombie

Uwielbiam Jane Austen choć nie przystaje to do moich horrorowych upodobań. Natomiast nie przepadam za współczesnymi zombie movie. Oczywiste więc było dla mnie, że połączenie tych dwóch rzeczy odbije się czkawką. Tak też było. Olaboga.

Pierwsza część filmu, który stanowi niemal wierne odwzorowanie ekranizacji „Dumy i uprzedzenia” z 2005 roku, jest całkiem przyjemna. Zombiaki pojawiają się tu na zasadzie przerywnika, akcentu komediowego, czasem bywa nawet zabawnie.

duma i uprzedznie i zombie

Niestety w miarę rozwoju fabuły pozytywy zostają wyparte. Wątki z powieści Jane Austen są kolejno przekształcane na potrzeby zombie movie. Jedno z drugim coraz mniej współgra. Poczułam więc znużenie i trwałam w nim do końca filmu.

Staram się szukać jakiś plusów tej produkcji, ale po za wysokim budżetem, który pozwolił na zgrabną realizacje tego poronionego pomysłu nie dostrzegam tu większych walorów.

Nie będę Was wzywać do bojkotu tego filmu, bo zdaję sobie sprawę, że to takie kino rozrywkowe i wielu osobom przypadnie do gustu – co poradzić.

Pozwolę sobie jednak ostrzec poszukiwaczy grozy- ten film nawet odrobinę nie jest straszny, nastawcie się raczej na komedię.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:4

Napięcie:4

Zaskoczenie:3

Zabawa:5

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:3

40/100

W skali brutalności:2/10

Ciało bez duszy

I Walked with a Zombie/ Wędrowałem z zombie (1943)

wędrowałem z zombie

Młoda, urodziwa Betsy ma rozpocząć pracę w charakterze pielęgniarki nieuleczalnie chorej żony plantatora z Karaibów. Przybywa zatem do jego domu i ze zgrozą poznaje dziwną naturę schorzenia jakie przypadło jej podopiecznej, Jessice.

Chora przypomina kukłę bez duszy. Je jeśli się ją nakarmi, porusza się mechanicznie, albo wcale, milczy i patrzy w dal pustym wzrokiem.

Betsy poznaje też resztę rodziny, wszyscy pogrążają się marazmie i chyba nic nie jest w stanie im pomóc. Ostatecznie jedynym ratunkiem dla chorej i jej bliskich wydaje się udział w rytualne Voodoo, który miałby przywrócić Jessice dusze, a jej bliskim spokój i szczęście.

wędrowałem z zombie

Nie jestem fanką zombie movie, to już za pewne zauważyliście. Współczesne podejście do tej tematyki zupełnie mi nie leży, ale żeby zupełnie nie odwracać się od tego cennego dla kultury grozy wątku szukam wizji opartych na staromodnym postrzeganiu zagadnienia zombie.

Za cel postawiłam sobie zapoznać się z zombie movie z przed ery Romero i tak złowiłam pierwszy z filmów „Wędrowałem z zombie”.

Usłyszałam, że jest to obraz bardzo zdolnego reżysera, twórcy między innymi „Ludzi kotów”, który pod przewodnictwem bardzo interesującego producenta nakręcił właśnie „Wędrowałem z Zombie”.

Val Lewton producent i pomysłodawca projektu pracował w studiu Selznica – tak, tego typa o ciężkim charakterze – i to właśnie on powierzył Rosjaninowi wyprodukowanie kilku krótkich niskobudżetowych horrorów. Ten czym prędzej zlecił pracę zdolnemu francuzowi. Rzucił mu temat, a ten, nie skłonny oddawać się grotesce jaka kojarzy się z kinem klasy B postanowił nakręcić horror inny niż wszystkie, a jednak spełniający założenia producenta. Ma być zombie, będzie zombie, ale obleczone w ramy romantycznej, metafizycznej historii.

Szkoda, że współcześni twórcy zombie movie wolą iść na łatwiznę.

„Wędrowałem z zombie” nie jest więc horrorem w stylu Hammera i jemu podobnych. Nie wiem nawet jak określić ten styl, jest tak inny. Jakbym si uparła i koniecznie chciała do czegoś porównać to dzieło, postawiłabym na filmy Hichcocka, ale to z dużym dystansem.

Z drugiej strony scenariusz Curta Sidomaka („Wilkołak” ’41) przypomina fabułę powieści sióstr Bronte, czy „W kleszczach lęku” Jamesa.

Groza jest tu przemycana bardzo subtelnie i ma bardziej romantyczny, czy metafizyczny wymiar. Od pierwszych filmowych scen w dialogach przewijają się tematy związane ze sposobem pojmowania życia i śmierci.

Gdy Betsy, zachwycona światem i po kobiecemu delikatna styka się z mrocznym światem karaibskiej plantacji jej policzki bledną, a ona jest rozdarta między chęcią pomocy przystojnemu chlebodawcy, a podejrzeniami o jak najmroczniejsze poczynania członków rodziny Jessiki.

W filmie pojawiają się sceny, gdzie gości groza, ale znowu nie jest ona taka jak w typowym zombie movie.

wędrowałem z zombie

Trzeba zacząć od tego, że „Wędrowałem z zombie” postrzega motyw żywego trupa zupełnie inaczej. Nie mamy tu gnijących zwłok, do których trzeba wywalić ze strzelby prosto w łeb, a lunatyczną piękność, której umysł zatrzasnął się na zewnętrzne bodźce.

Jessika snuje się nocami po domu, jakby w transie i to właśnie te ujęcia możemy nazwać stricte horrorowym zgraniem.

Wreszcie pojawia się motyw magii Voodoo jako przyczyny stanu Jessiki i jednocześnie jedyny dla niej ratunek. Tu sprzedano  nam kolejną porcję scen mogących wprowadzić stosowny dla gatunku nastrój. Widzimy czarnoskórego mężczyznę, który w swoim szamańskim tańcu manipulując lalką wyciąga z domu żonę plantatora.

wędrowałem z zombie

I na koniec finał, podsumowujący wszytko, ale nie wyjaśniający tego co powinno zostać w sferze tajemnicy. Gdyby pokuszono się w tym miejscu o klarowne wyjaśnienie całego problemu to tak jakby Hollywood chciał nam objaśnić zagadkę życia i śmierci. Poprzestano więc na słowach pożegnania i scenie samobójstwa.

wędrowałem z zombie

„Wędrowałem z zombie” ma tak niesamowity klimat, jest tak pięknie zrobiony, że choćby ze względu na to wato go obejrzeć. Widać, jednak zombie może mieć inną twarz.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:10

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:7

Oryginalność:9

To coś:7

71/100

W skali brutalności:0/10

Gnijący chłopak

Contracted:Phase II (2015)

countracted 2

Akcja sequelu filmu Erica Englanda rozpoczyna się od momentu, w którym zakończyła się część pierwsza. Zalecam więc wszystkim, którzy zamierzają brać się za ‚Fazę drugą’, by najpierw zapoznali się z jedynką- nie tylko dlatego, że jest o wiele lepsza, ale jej znajomość jest niemal niezbędna do właściwego wejścia w temat drugiej części.

Mamy więc Samanthę, która w wyniku zarażenia się chorobą przypominającą zombizm zostaje odstrzelona przez czujnych stróży prawa. Jak wiemy z jedynki, dobrze już podgnita panna Sam, zdążyła nadziać się na penisa niejakiego Rileya zanim całkiem postradała zmysły i zaczęła gryźć ludzi. Obiektem obserwacji w fazie drugiej będzie więc Riley.

countracted 2

Widząc na filmowym plakacie sylwetkę faceta spodziewałam się, że sequel będzie kalką jedynki, z tą różnicą, że będziemy obserwować rozkład ciała męskiego osobnika.

Twórcy drugiej części uznali ten pomysł za zbyt banalny- najwyraźniej, bo wokół oszczędnego i celnego pomysłu zrobili zamieszanie, czyniąc swój obraz skrajnie różnym od tego czego się spodziewałam i co pewnie bardziej by mnie ucieszyło.

Owszem, widzimy powolny rozkłada ciała głównego bohatera, jego bezowocne próby szukania pomocy u szwagra lekarza, i własnoręczne łatanie podgniłej tkanki, ale nie jest to gwoździem programu.

Znowuż, jak pamiętamy z jedynki, cale zamieszanie zaczęło się od faceta, którego zdeklarowana lesbijka Samatha poznała na imprezie i z którym uprawiała seks. To B.J. zaraził ją paskudną chorobą, którą ona tą samą drogą zaraziła Riley’a.

Nasz antybohater stanowił enigmę, nie widzieliśmy nawet, czy zaraża świadomie, co też dzieje się z nim gdy Samantha powoli gnije? W drugiej części twórcy postanowili rozwinąć jego wątek w imię zasady, że widz nie ma prawa do własnej wizji, wizja tego kim jest antybohater musi być z góry narzucona. Poszli w ścieżkę jak najbardziej banalną by zaspokoić mało wysublimowane apetyty, czyniąc z tajemniczego B.J’a psychopatę/ terrorystę który za cel obrał sobie zniszczenie ludzkości rozsiewając zarazę, której jest nosicielem.

B.J. rozsiewa zarazę kopulując z jak największą ilością kobiet. Co dziwne w trakcie trwania filmu okazuje się, że nie jest to jedyna droga do zarażenia, bo ‚gnicie’ przenosi się drogą kropelkową. Scenariusz przeczy wiec sam sobie.

Dzięki łatwiejszej formie zarażenia akcja filmu jest szybsza niż w przypadku powolnej jedynki. Zarażonych jest coraz więcej, coraz więcej jest też akcji rodem z masowo produkowanych horrorów o zombi. Nie miałam już problemu z gatunkową klasyfikacją, bo „Faza druga” jest po prostu kolejnym zombie movie. Nuda.

W zasadzie jedyną rzeczą jaka ostała się po jedynce to budzące obrzydzenie sceny rozkładu ciała. Dobra charakteryzacja zarażonych i ciekawie prezentujący się proces rozkładu. Kilka scen jet na serio dobrych. Podobała mi się scena z udziałem kumpeli Riley’a, gdy próbując wyjąć soczewkę kontaktową z oka wyciąga sobie całą gałkę oczną, czy też scena gdzie Riley pozbywa się robaków gnieżdżących się pod jego skórą. To wszytko dziedzictwo jedynki i w zasadzie jedyne zalety tego obrazu.

countracted 2

Myślę, ze większość widzów uzna drugą część za ciekawszą. Dzieję się więcej i szybciej, ja jednak wolałam te minimalizm i izolacje jaka była udziałem bohaterki pierwszej części.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zaskoczenie:4

Zabawa:6

Aktorstwo:6

Walory techniczne:7

Oryginalność:4

To coś:5

55/100

W skali brutalności:3/10